Czytelnia

  • Narodzenie Chrystusa w Ewangeliach - autor ks. Mariusz Synak - za: cerkiew.info Niniejszy tekst chciałbym poświęcić wyjaśnieniu kilku drobnych, ale według mnie frapujących szczegółów z pierwszych dni/miesięcy bądź nawet lat z życia Jezusa, wszak ...
    Opublikowane: 3 sty 2017, 10:44 przez: Tamara Samsonowicz
  • Pielgrzymowanie – krzyż, dynamizm, spotkania, środek  - autor: Dominika Kovačević (za: cerkiew.pl) - Miesiąc sierpień to szczególny czas dla pielgrzymowania; wiele pielgrzymek z różnych części naszego kraju wyrusza na uroczystości Przemienienia Pańskiego na Świętej Górze Grabarce. W ...
    Opublikowane: 14 sie 2016, 08:59 przez: Tamara Samsonowicz
  • Wprowadzenie Bogurodzicy do Świątyni  - autor: ks. Konstanty Bondaruk (za: cerkiew.pl) - Święto należy do wielkich świąt nieruchomych i obchodzone jest 21 listopada/4 grudnia. Poświęcone ono jest znanemu jedynie z tradycji wydarzeniu. Tradycja głosi ...
    Opublikowane: 30 lis 2015, 11:37 przez: Tamara Samsonowicz
  • Czy dieta to post?  - opr. ks. dr Włodzimierz Misijuk (za: prawosławie.pl) - Częścią syndromu – zespołu charakterystycznych objawów – życia współczesnego człowieka jest niemalże całkowite zaniedbanie postu. Niemalże całkowite, bowiem ciągle postępującemu zanikaniu świadomości natury, znaczenia ...
    Opublikowane: 28 lut 2015, 06:48 przez: Tamara Samsonowicz
  • Zniewoleni przyzwyczajeniem  - autor: o. Marek Ławreszuk (za: Rozdziały Marka) - Dyskusje na temat cerkiewnego kalendarza w Polsce wzbudzają się mniej więcej w czasie przedświątecznych promocji w sieciach handlowych. Początek grudnia, początkiem walki o ...
    Opublikowane: 28 gru 2014, 10:33 przez: Tamara Samsonowicz
  • Rumuński starzec Kleofas o kalendarzu cerkiewnym  - tłumacz. Dominika Kovačević (za: cerkiew.pl) - Starzec Kleofas (rum. Cleopa, świeckie imię Konstantyn Ilie) wraz z Justynem (Pârvu) i Arseniuszem (Papacioc) to jedni z największych współczesnych Starców nie tylko Rumunii ...
    Opublikowane: 19 lis 2014, 11:14 przez: Tamara Samsonowicz
  • Sobota św. Dymitra i modlitwa za zmarłych  - autor: o. Marek Ławreszuk (za: cerkiew.pl)  - W prawosławnej tradycji żywa jest pamięć o św. męczennikach, obrońcach wiary i wielkich ascetach. Święci stanowią dla wiernych przykład i wzór wiary i ...
    Opublikowane: 31 paź 2014, 10:35 przez: Tamara Samsonowicz
  • Dlaczego czcimy relikwie?  - Jarosław Charkiewicz (za: cerkiew.pl) - Podstawą chrześcijańskiego kultu świętych relikwii jest dogmat o Wcieleniu. Wielki współczesny święty Cerkwi Serbskiej św. Justyn Popowicz pisze: „Tajemnica świętych relikwii znajduje się w centrum ...
    Opublikowane: 14 sie 2014, 09:13 przez: Tamara Samsonowicz
  • Metropolita Antoni Bloom: różnica między apostołami Piotrem i Pawłem - autor: metr. Antoni Bloom (za: cerkiew.pl)  - Dziś (12.07) czcimy pamięć ap. ap. Piotra i Pawła. Różnica między nimi jest kolosalna. Apostoł Piotr był od samego początku wiernym uczniem ...
    Opublikowane: 12 lip 2014, 10:55 przez: Tamara Samsonowicz
  • Całe życie nasze Chrystusowi Bogu oddajmy  - autor: ks. Włodzimierz Misijuk (za: cerkiew.pl) - Podczas każdego prawosławnego nabożeństwa prowadzący je kapłan lub diakon melorecytuje litanie (cs. jektienia, gr. ektene) modlitewnych próśb, na które chór w imieniu wszystkich ...
    Opublikowane: 1 kwi 2014, 09:50 przez: Tamara Samsonowicz
  • "Nad rzekami Babilonu"  - Zapraszamy do zapoznania się z felietonem Pawła Karczewskiego w serwisie cerkiew.pl o psalmie 136, który od ostatniej niedzieli (tj. 16.02) czyli niedzieli o synu marnotrawnym będzie śpiewany przez ...
    Opublikowane: 17 lut 2014, 13:26 przez: Tamara Samsonowicz
  • Szymon Hołownia o ekumeniźmie  - Na portalu stacja7.pl ukazał się artykuł Szymona Hołowni z rozważaniami na temat ekumenizmu z dużymi odniesieniami do prawosławia, z punktu widzenia katolika. Zapraszam do zapoznania się z bardzo interesującym ...
    Opublikowane: 29 sty 2014, 09:58 przez: Tamara Samsonowicz
  • Ksiądz Jan Koiło o islamie i relacjach Kosciołów chrześcijańskich  - Autor: Grzegorz Grzybek (za: na:temat)  - Kultura europejska cały czas się kształtuje. Jeśli islam wniesie do niej pozytywne elementy stanie się częścią kultury europejskiej - mówi duchowny Cerkwi, dyrektor prawosławnego Radia ...
    Opublikowane: 22 sty 2014, 10:40 przez: Tamara Samsonowicz
  • Nie ma innej drogi  - autor: Anna Czerewacka (za: cerkiew.pl) - Rozmowa z ks. Jerzym Tofilukiem, rektorem Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie. Jak mam ojca przywitać? Czy „Sława Isusu Chrystu” jest dobrym powitaniem? W polskiej ...
    Opublikowane: 12 paź 2013, 12:36 przez: Tamara Samsonowicz
  • Przemienienie Pańskie  - (za: cerkiew.pl) Przemienienie Pańskie jest nieruchomym świętem, z liczby dwunastu wielkich świąt, obchodzonym 6/19 sierpnia. Zostało ustanowione w IV w. we wschodniej części Cesarstwa Rzymskiego i należy do ...
    Opublikowane: 4 sie 2013, 09:59 przez: Tamara Samsonowicz
  • Nieznana powstańcza historia  - Autor: Katarzyna Popławska (za: cerkiew.pl) - 1 sierpnia – z punktu widzenia prawosławnego mieszkańca Podlasia to dzień pamięci św. Serafina z Sarowa. A ja w tym roku ten dzień spędziłam w ...
    Opublikowane: 2 sie 2013, 04:25 przez: Tamara Samsonowicz
  • Lato, lato wszedzie...  - Autor: ks. Mariusz Synak (za: cerkiew.pl)  - Lato w pełni. Wielu z nas upycha dzieci po ciotkach, babciach, sami gdzieś wyjeżdżamy. Nawet jeśli nie uda nam się wyjechać, robimy wszystko ...
    Opublikowane: 26 lip 2013, 10:25 przez: Tamara Samsonowicz
  • Trojca - Zesłanie Ducha Świętego na Apostołów  - autor. ks. Konstanty Bondaruk (za: cerkiew.pl) - Zesłanie Ducha Świętego lub Pięćdziesiątnica - obie nazwy oznaczają jedno wielkie, ruchome święto z liczby dwunastu wielkich świąt. Ustanowione zostało na pamiątkę zesłania Ducha ...
    Opublikowane: 26 cze 2013, 13:16 przez: Tamara Samsonowicz
  • Felieton: Zasmakujcie i zobaczcie  - autor: Dominika Kovačević (za: cerkiew.pl) - Niedzielny obiad z kilkoma znajomymi prawosławnymi. Nie, wbrew tytułowi, ten tekst nie będzie o tym, co pojawiło się na naszych talerzach. Będzie on o ...
    Opublikowane: 16 cze 2013, 13:18 przez: Tamara Samsonowicz
  • Trening  - Autor: o. Wiaczesław (Dejneko) (za: cerkiew.pl) - Wiosna duchowa już się rozpoczęła… Wszyscy, którzy rozumieją w większym lub mniejszym stopniu znaczenie tego pięknego okresu, tradycyjnie odnowili ubiegłoroczne bądź podjęli nowe ...
    Opublikowane: 22 mar 2013, 13:23 przez: Tamara Samsonowicz
  • Ogólne znaczenie i miejsce w życiu liturgicznym Cerkwi Wielkiego Kanonu Pokutnego  - Autor: Marat Łuksza (za:cerkiew.pl) - W pierwszym tygodniu Wielkiego Postu w prawosławnych świątyniach podczas wielkiej komplety (scs. wielikoje powieczerije) czytany jest Wielki Kanon Pokutny. Jest on podzielony na cztery ...
    Opublikowane: 19 mar 2013, 12:09 przez: Tamara Samsonowicz
  • Szukając tożsamości  - Autor: Justyna Fiedorczuk (za: cerkiew.pl) - Jedną z najistotniejszych kategorii psychologii jest pojęcie tożsamości. Najogólniej należy rozumieć je jako odpowiedź na pytanie "kim jestem" i właśnie ta odpowiedź bywa najbardziej ...
    Opublikowane: 2 lut 2013, 07:44 przez: Tamara Samsonowicz
  • Spotkanie Pańskie - Sretienije Hospodnie  - Autor: ks. Konstanty Bondaruk - za: cerkiew.pl  - Święto to należy do nieruchomych świąt ku czci Matki Bożej i obchodzone jest w 40 dzień po Bożym Narodzeniu (2/15 luty). Lokalnie ...
    Opublikowane: 4 lut 2013, 11:14 przez: Tamara Samsonowicz
  • Wilki w owczej skórze  - Autor: Rafał Wawreniuk - Idąc jakiś czas temu jedną z większych ateńskich ulic, zauważyłem dwóch starszych panów stojących w pobliżu jednego z domów studenckich w Atenach. Na pierwszy rzut oka nie ...
    Opublikowane: 26 sty 2013, 05:43 przez: Tamara Samsonowicz
  • Kryzys  - Autor: s. Elżbieta (Niczyporuk) (za: cerkiew.pl) - „Winowajcą” najróżniejszych problemów ekonomicznych i społecznych jest ostatnio nikt inny jak kryzys. To wszystko przez kryzys, nie da rady, bo kryzys, gdyby ...
    Opublikowane: 18 sty 2013, 09:47 przez: Tamara Samsonowicz
  • Chrzest Pański - Autor: ks. Konstanty Bondaruk - Święto ustanowione zostało na pamiątkę chrztu Jezusa Chrystusa w rzece Jordan i opisanego przez trzech ewangelistów (Mt 3,13-7, Mr 1,9-11, Łk 3 ...
    Opublikowane: 5 sty 2013, 10:22 przez: Tamara Samsonowicz
  • Obrzezanie Pańskie - Autor: ks. Stanisław Strach - W okresie patriarchalnym, już po potopie, jak mówi Biblia, istniało na ziemi pogaństwo jako skutek stopniowej moralnej degeneracji człowieka. W celu więc zachowania czystości wiary w ...
    Opublikowane: 1 sty 2013, 10:24 przez: Tamara Samsonowicz
  • Przedświąteczny felieton Anny Czerewackiej  - Poprawiny - Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami, a my, nie wiedząc nawet kiedy, dajemy się porwać świątecznemu wirowi. Sami nie zdając sobie sprawy, ile „zasad” w naszym świętowaniu jest narzuconych ...
    Opublikowane: 21 gru 2012, 12:44 przez: Tamara Samsonowicz
  • Narodzenie Pańskie  - Święto Bożego Narodzenia poprzedzone jest tzw. powieczierijem; świadczy to o szczególnej wadze nadchodzącej uroczystości (dotyczy to również święta Chrztu Pańskiego). Od najdawniejszych czasów w Kościele Prawosławnym w przededniu wigilii ...
    Opublikowane: 16 sty 2013, 13:09 przez: Tamara Samsonowicz
  • Początek postu bożonarodzeniowego 15 listopada w Kościele prawosławnym rozpoczyna się post przed Bożym Narodzeniem (dla używających starego kalendarza post ten zaczyna się 28 listopada). Jest to pierwszy w roku liturgicznym post wielodniowy. Trwa ...
    Opublikowane: 22 gru 2012, 14:24 przez: Tamara Samsonowicz
  • Jasełka 2012
    Opublikowane: 19 gru 2012, 12:53 przez: Tamara Samsonowicz
  • Pokrow Preswiatoj Bogordzicy  - Oto jesienne święto Opieki Matki Bożej (Pokrowy), które stało się ulubionym zwłaszcza u nas, mimo że powstało nie na Rusi, a w Konstantynopolu i jest, chociaż brzmi to dzisiaj dziwnie ...
    Opublikowane: 16 sty 2013, 13:10 przez: Tamara Samsonowicz
  • Święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny  - W sobotę 8.09. w bydgoskiej cerkwi odprawiona została uroczysta Liturgia Święta. Dzień ten tj. 8.09, (a wg starego stylu 21.09) jest dniem święta Narodzenia Najświętszej Marii Panny ...
    Opublikowane: 19 gru 2012, 12:49 przez: Tamara Samsonowicz
  • Niedziela Palmowa  - Wejście Pana do Jerozolimy    Ojcowie Kościoła w modlitwach piątku przed Sobotą Łazarza piszą, że w tym piątkowym dniu: „pożytecznie dla duszy wypełniwszy 40 dni postu”. To wskazówka, że czas 40 ...
    Opublikowane: 19 gru 2012, 12:46 przez: Tamara Samsonowicz
  • Niedziela Triumfu Prawosławia  - Pierwszą niedzielę Wielkiego Postu nazywa się Niedzielą Triumfu Ortodoksji. Tego dnia wspominane jest zwycięstwo prawosławia nad herezjami. Święto ustanowione zostało na pamiątkę przywrócenia kultu ikon, jednak związek obchodów tego święta ...
    Opublikowane: 19 gru 2012, 13:05 przez: Tamara Samsonowicz
Wyświetlanie postów 1 - 35 z 35. Zobacz więcej »

Narodzenie Chrystusa w Ewangeliach

opublikowane: 3 sty 2017, 10:41 przez Tamara Samsonowicz   [ zaktualizowane 3 sty 2017, 10:44 ]

- autor ks. Mariusz Synak - za: cerkiew.info

Niniejszy tekst chciałbym poświęcić wyjaśnieniu kilku drobnych, ale według mnie frapujących szczegółów z pierwszych dni/miesięcy bądź nawet lat z życia Jezusa, wszak Narodzenie Chrystusa tuż tuż. 

Zapraszam zatem do wspólnej, uważnej lektury dwóch fragmentów Ewangelii synoptycznych – wg śww. Mateusza i Łukasza. Oczywiście, nocne wydarzenia w Betlejem są tak istotne dla naszej kultury, że nie powinna budzić zdziwienia narastająca przez pokolenia ilość opowieści, szczegółów, dodatków, uściśleń im towarzysząca, niekiedy mniej lub bardziej wiarygodnych. To rzecz zupełnie – w moim odczuciu – naturalna. My natomiast spróbujmy nie opowiadać się „za” bądź „przeciw” okołoewangelicznym opowieściom. Oczywiście, każdy z nas ma ku temu prawo: wierzyć lub nie, dopuszczać bądź odrzucać, wątpić albo uznawać, uważać za bajkę lub historyczną relację. Ale w całej tej historii – opowieści o Narodzeniu Chrystusa – głos decydujący należy do Ewangelistów. My natomiast korzystając z życzliwej rady św. Izydora z Peluzjum, chcąc poddać rzecz słusznej ocenie spróbujmy nie kierować się ani antypatią, która w ogóle nie pozwala niczego dostrzec ani sympatią, która nie pozwala dostrzec właściwie. 

Choć nie jest to dla chrześcijaństwa pytanie pierwszoplanowe, mimo wszystko je postawmy: kiedy przyszedł na świat Jezus? Zostawmy na boku dzień i miesiąc, czyli 25 grudnia – to kwestia stricte umowna. Lecz co z rokiem? Przykro przyznać, lecz jedna z najważniejszych dat w historii ludzkości jest zasnuta mgłą tajemnicy. Ale nie do końca, na szczęście. Zacznijmy od początku. Początek naszej ery, za który obrano przypuszczalną datę narodzin Chrystusa, został obliczony w VI wieku przez przebywającego w Rzymie scytyjskiego mnicha Dionizego Małego. Zacny człek bazował na wiedzy wówczas dostępnej: piętnasty rok panowania Tyberiusza to 29/30 naszej ery - oczywiście, data była znana w chronologii rzymskiej, w której wydarzenia datowano albo od założenia Wiecznego Miasta, albo od objęcia urzędu przez kolejnego cezara lub konsula. Dodatkowo, zgodnie z przekazem ewangelicznym, nauczanie Jezusa rozpoczęło się w roku następnym, poza tym św. Łukasz pisze, że zaczynając publiczną działalność Jezus był „lat około trzydziestu” (Łk 3,23). Cofając się owe trzydzieści lat wstecz Dionizy otrzymał hipotetyczny rok przyjścia na świat Zbawiciela, który uznał za wspomniany punkt graniczny. Zrobił, co mógł, ale współcześnie wiemy dużo więcej. Kluczowym okazuje się tu wcale niemało ważny szczegół z życia króla Heroda, mianowicie jego śmierć, datowana przez historyka żydowskiego, Józefa Flawiusza na rok 4 przed naszą erą. Ten rzymski wyzwoleniec przytacza jeden ciekawy szczegół pisząc, iż wkrótce po śmierci króla nastąpiło zaćmienie księżyca. Rzeczywiście, astronomia jest w stanie potwierdzić tę informację, odnotowując takowe 12 marca 4 roku przed naszą erą. Rzeczą oczywistą jest, że jeśli Jezus miał się urodzić za czasów Heroda, jak pisze św. Mateusz (2,1) musiał urodzić się co najmniej cztery lata wcześniej, niż założył wspomniany Dionizy Mały. A więc trzeba stwierdzić dość dziwnie brzmiący fakt, iż Chrystus urodził się... przed narodzeniem Chrystusa. 

Ale zwróćmy uwagę jeszcze na inny szczegół – w relacji Mateusza (i tylko w niej) zawarte jest opowiadanie o Magach „ze wschodu”. Tekst jest bardzo skromny w formie, nie zawiera ani imion, ani liczby owych Magów, nie wspomina o ich królewskich tytułach ani nie wymienia krajów, z których przybyli. Owi „magowie ze wschodów” wg Mateusza po oddaniu hołdu i złożeniu darów narodzonemu królowi żydowskiemu rozpoczęli wędrówkę powrotną, omijając Jerozolimę według zalecenia, otrzymanego we śnie w Bet Lehem, Domu Chleba, jak ową mieścinę nazywano. Z biografii Heroda wiemy, że ostatnie lata jego życia nie należały do łatwych. Trawiła go syfilityczna gorączka, która pozostawiła swoje ślady nie tylko na ciele, ale i na umyśle władcy, wtrącając go w obłęd manii prześladowczej. Opętany strachem przed utratą władzy, doszukujący się (czasem słusznie) spisków na swe życie gubił po kolei doradców i najbliższych, włączając swe dzieci i jedną z kolejnych żon. Na co najmniej dwa lata przed śmiercią ów Beduin, nazwany już przez współczesnych Wielkim, porzucił stolicę, szukając ucieczki przed bólami powodowanymi przez rozkładające się jelita w gorących nadjordańskich źródłach Kallirhoe, potem zaś w Jerycho, gdzie zmarł. Magowie znajdują Heroda jeszcze w Jerozolimie, trzeba podkreślić – jeszcze. A więc co najmniej na dwa lata prze jego śmiercią, czyli w roku co najmniej 6 przed n.e.

Ale to nie wszystkie wskazówki. Można postawić pytanie – kiedy Magowie dotarli do miejsca, w którym znajdowała się święta Rodzina? Przytoczmy fragment relacji św. Mateusza, ale pochodzący z wydania interlinearnego, a więc greckojęzycznego. Tekst ten jest tekstem może mniej składnym językowo (starano się w jak najlepszy sposób oddać przekaz grecki), ale za to i dzięki temu jest bardziej wiarygodny, niż powszechnie stosowane tłumaczenia nowożytne, w tym m.in. popularna polska Biblia Tysiąclecia: „Kiedy zaś Jezus urodził się w Betlejem w Judei w dniach Heroda króla, oto magowie ze wschodów przybyli do Jerozolimy, mówiąc: Gdzie jest narodzony król Judejczyków? Zobaczyliśmy bowiem jego gwiazdę we wschodzie  (dosłownie wschodzącą) i poszliśmy pokłonić się mu. […] Wtedy Herod skrycie wezwawszy magów wywiedział się u nich o czas ukazującej się gwiazdy, i posławszy ich do Betlejem powiedział: Wyruszywszy wypytajcie dokładnie co do dziecka. Kiedy zaś znaleźlibyście, oznajmijcie mi, żeby i ja przyszedłszy pokłoniłem się mu. Oni zaś wysłuchawszy króla wyruszyli i oto gwiazda, którą zobaczyli we wschodzie (wschodzącą) poprzedzała ich aż przyszedłszy stanęła powyżej, gdzie było dziecko. Zobaczywszy zaś gwiazdę uradowali się radością wielką bardzo. I przyszedłszy do domu zobaczyli dziecko z Marią, matką jego i upadłszy pokłonili się mu i otworzywszy skarby ich ofiarowali mu dary, złoto i kadzidło i mirrę. I otrzymawszy wyrocznię we śnie nie zawracać do Heroda, przez inną drogę oddalili się do krainy ich” (Mt 2,1 i nn.). Tak rzeczywiście się dzieje, a Herod czując się, jak mówi grecki tekst: „okpiony” wpadł w furię i „wysławszy zgładził wszystkich chłopców w Betlejem i w całych granicach jego od dwuletnich i poniżej, według czasu, którego wywiedział się u magów” (Mt 2,16). Tyle Mateusz.
 
Powróćmy do pytania – kiedy Mędrcy dotarli do Betlejem lub inaczej – w jakim wieku było dziecko, które zobaczyli? Jeszcze inaczej – czy gwiazda, którą zobaczyli przed podróżą do Judei ukazała się im w momencie narodzin Jezusa, czy na jakiś czas przed? Tysiąclatka podaje, że Magowie pytali Heroda o „nowonarodzonego króla Judejczyków”, ale tekst grecki i słowiański tego nie potwierdza. Mowa tam tylko o „narodzonym”. Oczywiście, można tu mieć wątpliwości. Czy przybysze dotarli na moment narodzin czy jakiś czas po nich? Jeśli tak, to jaki? Pytanie nie jest zwykłą kazuistyką, bowiem odpowiedź na nie może wnieść kolejne dane do naszych rozważań na temat roku narodzin Pomazańca, czyli Chrystusa. Wiemy z tekstu Ewangelii o dialogu między Magami a Herodem, który „skrycie [...] wywiedział się o czas ukazującej się gwiazdy”. Odpowiedzi nie znamy, ale znał ją Herod. I zaczyna działać... Zanim jednak to się stanie, musi minąć jakiś czas. Jaki? Betlejem znajduje się w odległości ok. 5 km od Jerozolimy, więc wszystkiego godzina - dwie drogi. Nie wiemy, czy Magowie gościli na herodowym zamku dłużej, czy też nie. Ale od chwili, gdy Herod wskazał im drogę do Betlejem, akcja musiała nabrać tempa. Za kilka godzin mędrcy znajdą się w miasteczku, odnajdą dziecię, oddadzą pokłon, strudzeni ułożą się do snu, podczas którego otrzymają ową „wyrocznię”, czyli nakaz bądź wieść, udadzą się w drogę powrotną omijając Jerozolimę. Podenerwowany Herod czeka. Ile można tak czekać? Kilka dni, nie więcej. W dodatku powinien uzyskać informacje od swych służb, że goście „ze wschodów” powrócili inną trasą. Musieli rzucać się w oczy, jako mocno nietutejsi wyróżniali się wśród tłumów wędrowców. Załóżmy więc, że tydzień. I wówczas wydaje straszny rozkaz, aby zgładzić wszystkich chłopców w wieku od dwóch lat i młodszych w Betlejem i jego granicach. W wieku od dwóch lat...

Dlaczego tak? Jeśli goście zjawiliby się w Betlejem w czasie porodu lub zaraz po nim, skąd akurat taka decyzja rozjuszonego króla? Wówczas narażone na męczeńską śmierć byłyby tylko noworodki, a tych w małej mieścinie i jego granicach mogło być mniej, zadanie siepaczy byłoby więc dużo łatwiejsze do wykonania. Być może działał tak „na wszelki wypadek”, tak samo, jak objął swym rozkazem nie tylko samo Betlejem, ale również jego granice administracyjne? Ale żeby wygubić aż dwa roczniki chłopców? Oczywiście, to tylko argument pośredni i nadal można mieć wątpliwości. Ale pamiętajmy, że dysponujemy jeszcze innym opisem narodzin Chrystusa, sporządzonym przez św. Łukasza. Ten zaś pisze m.in.: „I wrócili pasterze oddawszy chwałę i wielbiąc Boga za wszystko, co usłyszeli i zobaczyli, jako zostało powiedziane do nich. I kiedy wypełniły się dni, osiem, (by) obrzezać go, i nazwane zostało imię jego, Jezus”. Mało tego: „I kiedy wypełniły się dni oczyszczenia ich według prawa Mojżesza, zanieśli go do Jerozolimy (by) postawić przy Panu, jako jest napisane w Prawie Pana” (Łk.2,21 i n.). Czyli pobożna rodzina bez przeszkód wypełnia przepisy, zawarte w Prawie Mojżeszowym. Nie tylko obrzezuje dziecię, urządzając z tego powodu przepisowe przyjęcie, ale co najmniej po czterdziestu dniach niesie do Jerozolimy, by je pokazać Bogu w świątyni. Przecież Herod nie mógł nie wiedzieć o tym obowiązku. Cóż łatwiejszego niż zastawić pułapkę u wejścia do stołecznej świątyni? Jerozolima była otoczona murem z kilkoma bramami, których pilnowała straż. Straż Heroda. Każdy przechodzący do miasta musiał podać powód swego przybycia i miejsce zamieszkania, w celach nie tylko podatkowych, ale i bezpieczeństwa publicznego. Nie wydaje się możliwym, by rodzice nieśli swe dziecię w paszczę lwa. To byłoby szalone ryzyko! 

Poczytajmy dalej: „Gdy się (oni) oddalili, oto zwiastun Pana ukazuje się we śnie Józefowi mówiąc: Podniósłszy się weź dziecko i matkę jego i uciekaj do Egiptu, i bądź tam, aż rzekłbym ci. Ma bowiem Herod szukać dziecka, żeby zgubić je. On to podniósłszy się wziął to dziecko i matkę jego nocą i oddalił się do Egiptu” (Łk. 2.13 i nn). Czyli dopiero odejście Mędrców zapoczątkowuje sytuację zagrożenia dla dziecięcia. Wówczas też anioł zdradza Józefowi zamiary króla – „ma (czyt. zacząć) szukać dziecka, by je zgubić”. Dziecięcia, które do tej pory zdążyło być i obrzezane, i ukazane Panu w jerozolimskiej świątyni. Herod dybie na życie chłopców w wieku dwóch lat i młodszych. Czy można wysnuć wniosek, że Magowie mogli zobaczyć gwiazdę (lub inne tak nazwane przez ewangelistów i samych magów zjawisko astronomiczne) w momencie urodzin Chrystusa, będąc daleko na wschód od Palestyny? Brzmi prawdopodobnie. Nawet my, współcześni mówimy, że gdy czyjaś gwiazda blednie, ktoś ma się gorzej, gdy zgaśnie – odchodzi. Gdy się pojawia – oznacza coś nowego. 

Mędrcy dostrzegli owo zjawisko. Ile czasu musiało minąć, by pokonali szmat drogi, idąc od „wschodów”? Czy byli sami, czy szli wraz z karawanami? Nie wydaje się, by podróżowali oddzielnie od dużych karawan. Podróż była niebezpieczna, potrzebni byli przewodnicy, ochrona, obsługa (nazwijmy ją) techniczna dla bagaży i zwierząt, oazy, gospody, studnie, posiłki, pasza... To wszystko trwa. Myślę, że dodanie jeszcze kilku lub kilkunastu miesięcy do naszej historii nie będzie dużym błędem. Podsumujmy skrótowo – Herod zmarł w 4 roku p.n.e., ale Magowie spotykają go w Jerozolimie, a więc co najmniej jeszcze dwa lata wstecz. Dodatkowo z tekstu Ewangelistów wynika, że król miał się dobrze lub dokładniej rzecz biorąc, nie wynika, by miał się bardzo źle – dyskutuje, zapytuje, wywiaduje się, mało tego - jest chodzący. Mówi o sobie: „abym i ja, poszedłszy, pokłonił się mu”. W dodatku Mędrcy wędrują do Palestyny jeszcze (jak założyliśmy) jakiś czas. Czyli opisywane przez Ewangelistów wydarzenia mogły się dziać około 7 roku przed naszą erą. Oczywiście, proszę traktować te rozważania jako wysnuwanie niezobowiązujących wniosków z lektury ewangelicznych opowieści, nic ponadto. Niniejszy tekst nie pretenduje do miana wykładu teologicznego, historycznego bądź jakiegokolwiek innego. Opieram się na relacjach Ewangelistów i absolutnie nie mam powodów im nie wierzyć. 

W tym kontekście zwłaszcza św. Łukasz zasługuje na najwyższą wiarygodność. Spytacie, dlaczego akurat on? Przytoczmy tekst ze wstępu do spisanej przez niego Ewangelii (tekst z Tysiąclatki): „Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które dokonały się pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś mógł się przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono” (Łk., 1-4). Łukaszowa greka jest bardzo wysokich lotów, nie ma tam miejsca na słowa przypadkowe. Świetne wykształcenie (najprawdopodobniej medyczne) pozwalało na analizę, wiązanie faktów i ich rozumienie. Jeśli pisał: „zbadać dokładnie wszystko” to znaczy, że to zrobił. Jeśli chodziło o „całkowitą pewność” czytelnika, owego Teofila, to oznacza, że sam autor też musiał być tego absolutnie pewien. Zresztą, Teofil, „dostojny”, czy za tekstem greckim „wielmożny”, jak się do niego zwraca Łukasz, musiał być odbiorcą wymagającym, zapewne wysokim urzędnikiem, tych bowiem tytułowano w taki sposób. Tak więc, dla przykładu, jeśli św. Łukasz podaje, że w czasach, gdy Jan Chrzciciel rozpoczął działalność, niejaki Lizaniasz był tetrarchą Abileny, a nauka nie zna owego Lizaniasza, to w żaden sposób nie oznacza, że Łukasz się myli bądź fantazjuje. Bardziej oznacza to, że nauka jeszcze nie zna, bądź do niedawna nie wiedziała o istnieniu owego władcy. Już wie, bowiem ostatnio odkryto artefakty potwierdzające tę informację. Podobnie ma się z wydarzeniem, które wywołuje gorący spór wśród zwolenników i przeciwników prawdy ewangelicznej – spisie ludności.

Przytoczmy fragment, w którym Łukasz podaje powody, dla których mieszkaniec Nazaretu, Józef, sprawia kłopot brzemiennej małżonce i udaje się w około stukilometrową, pełną trudów i niebezpieczeństw podróż na południe, do Betlejem. Nawiasem mówiąc, kolejne dobre pytanie – co mogło skłonić mieszkańca Nazaretu, Józefa do takiej podróży? Zobaczmy: „Stało się zaś w dniach owych, wyszedł dekret od Cezara Augusta, (by) (zapisanym był) cały świat zamieszkały. Ten spis pierwszy stał się (za) będącego gubernatorem Syrii Kwiryniusza. I wyruszyli wszyscy, by być spisywanymi, każdy do swojego miasta. Wyszedł zaś i Józef z Galilei, z miasta Nazaret do Judei, do miasta Dawida, które nazywa się Betlejem, z powodu, (że) (był) on z domu i rodu Dawida, (by) zostać zapisanym z Mariam, zaręczoną mu będącą ciężarną” (Łk 2,1-5). Historycy, jak wspomniałem wcześniej, do dziś spierają się o wspomniany spis, ale nie to jest przedmiotem niniejszych rozważań. Ważny jest ciąg dalszy opowiadania: „I urodziła syna jej pierworodnego. I owinęła pieluszkami go i ułożyła go w żłobie, ponieważ nie było dla niego miejsca w...”. No właśnie, gdzie? W Tysiąclatce czytamy: „w gospodzie”. Tekst grecki tego nie mówi. Łukasz używa tu słowa: „w kwaterze”, czy raczej „izbie” - to katalimati. Tego samego słowa używa jeszcze tylko raz, przy opisie wydarzeń Wielkiego Tygodnia, gdy Jezus posyła swych uczniów do pewnego gospodarza, by wskazał im izbę, gdzie mieliby spożywać Paschę (Łk. 22,11). I ten wskazuje „salę dużą, usłaną”. Z pewnością chodzi o jakąś mieszkalną część domu. Łukasz wie, co chce powiedzieć. Każdy szczegół jest przemyślany. Jeśli z taką troskliwą uwagą opisał, co zrobiła Maria z maleńkim Jezusem (sama, będąc w połogu, owinęła pieluszkami, ułożyła w żłobie), to słowo „izba” również nie może być tu przypadkiem.

Powróćmy do Mateusza, który opisuje nadejście Magów do Betlejem: „I przyszedłszy do domu zobaczyli dziecko z Marią, matką jego” (Mt 2.11). Co tekst chce nam powiedzieć? Mędrcy przyszli do domu. Użyte tu słowo oikia ma szerszy kontekst, oznacza równocześnie dom, rodzinę i należące do niej dobra. Czyli najpewniej dom, w którym mieszka posiadająca go rodzina. Ponówmy pytanie – dlaczego Józef podążył na spis do Betlejem? Ewangelista odpowiada – gdyż był z domu i rodu Dawida. Betlejem było miastem - przepraszam, Betlejem prawnie posiadało status wioski - Dawida właśnie. To tam przechowywano pamięć (być może nawet spisaną) co najmniej o dwunastu pokoleniach wstecz każdego z członków rodu. W tej liczbie z pewnością znajdował się Józef. Musiał mieć w wiosce licznych krewnych. Zaznaczam, że teraz wchodzimy na grunt przypuszczeń i domysłów. Jeśli miał, czy nie mógłby zatrzymać się u nich? Magowie zastali ich w domu, Maria nie urodziła w izbie, ponieważ nie było w niej miejsca (czy nie z powodu innych krewnych, przybyłych wcześniej „aby dać się spisać”?). Musiała rodzić w pomieszczeniu, gdzie z pewnością znajdował się żłób. 

Jak wyglądał dom ubogiej żydowskiej rodziny czasów Chrystusa? Znawca starożytności i badacz Palestyny, Daniel-Rops opisuje takie domostwa następująco: „Ciężkie, sześcienne bryły, bielone wapnem, skąpo zaopatrzone w otwory, jeśli w ogóle je posiadały poza drzwiami. Wnętrze zajmowała często tylko jedna izba, przedzielona na dwie części – połowa domu służyła bydłu, połowa rodzinie, będąc dla niej kuchnią, jadalnią i sypialnią jednocześnie. Niektóre domy były na wpół jaskiniami, wykorzystując na mieszkanie skalną wnękę”. Nasuwa się wniosek, że Rodzina z Dzieciątkiem mimo wszystko znajdowała się w domu, ale w tej drugiej, gorszej jego części, przeznaczonej dla bydła. Czy nie pójdę w tym rozumowaniu za daleko, gdy podążę tym tropem i założę, że po zakończeniu spisu (a musiało to być dość szybko, Betlejem miało nie więcej niż 1,5-2 tys mieszkańców) rodzina mogła przejść do mieszkalnej części izby domu, w którym nie tylko się zatrzymali, ale zaryzykuję stwierdzenie – zamieszkali? I tam, po jakimś dłuższym czasie, znajdują ją przybyli z daleka Mędrcy? Poza tym narodziny syna, pierworodnego, zwanego bechor, były wielką uroczystością nie tylko dla rodziców, ale całej rodziny, krewnych i sąsiadów. Taki chłopiec był zbyt ważny i chyba nie wypadało go trzymać w części dla bydła, niezależnie od jego przeznaczenia i przyszłej roli w historii rodziny, pokolenia, narodu czy świata... 

Na tej myśli chciałbym zakończyć niniejsze rozważania. Pozostaję w nadziei, że tych kilka linijek ewangelicznego tekstu w jakiś głębszy sposób przemówiło do nas, przywołując obrazy wydarzeń sprzed... no właśnie:). Czy jest to aż tak ważne? Prawdopodobnie jako argument przemawiający za dobrym historycznym osadzeniem opisywanych wydarzeń przez ewangelistów, a co za tym idzie, za historycznością Jezusa - tak. Moją natomiast intencją była tylko próba w miarę uważnego odczytania tego, co chcieli przekazać nam autorzy jakże znanych tekstów.

Na zakończenie nie chciałbym życzyć tak po prostu, Wesołych Świąt. Pragnąłbym  raczej życzyć wszystkim nam, moi Czytelnicy, radości oczekiwania i przekonania, że  Bóg spełnia swe starotestamentowe obietnice i staje się jednym z nas mimo naszych słabości, przywar, grzechów. Nasz świat, świat ludzi dorosłych jest przepełniony bardzo wieloma rzeczami, ale jakże mało w nim miejsca na sprawy prawdziwe, proste i piękne zarazem. Nie dodawajmy do nich tego, co często bez większego sensu położymy pod choinkę. Podarujmy sobie raczej chwilę zadumy, refleksji, prostoty, sięgnięcia do naszego wnętrza, odszukania w sobie Bożego obrazu i ofiarujmy takich siebie innym ludziom. A więc Chrystus nam się rodzi – wychwalajcie Go!

ks. Mariusz Synak, Słupsk.

Pielgrzymowanie – krzyż, dynamizm, spotkania, środek

opublikowane: 14 sie 2016, 08:59 przez Tamara Samsonowicz

 - autor: Dominika Kovačević (za: cerkiew.pl)

 - Miesiąc sierpień to szczególny czas dla pielgrzymowania; wiele pielgrzymek z różnych części naszego kraju wyrusza na uroczystości Przemienienia Pańskiego na Świętej Górze Grabarce. W związku z tym przedstawiamy Państwu refleksję o pielgrzymowaniu.

Pielgrzymowanie istnieje tak długo, jak religia wśród ludzi. Religia, czyli poszukiwanie Boga i sensu życia, istnieje praktycznie od zawsze. Pielgrzymka ma ułatwić spotkanie Boga, zrozumienie sensu czy też osiągnięcie lepszego życia. Ważna jest tu ofiara, lecz przede wszystkim święte miejsce i związane z nim rytuały, zazwyczaj w ramach jakiejś uroczystości.

Mam wrażenie, że chrześcijańskie pielgrzymowanie jest trochę inne. Droga i wszystkie procesy, jakie dzieją się na tej drodze do świętego miejsca, są szalenie ważne. Centrum tej drogi stanowi Krzyż. Pielgrzymowanie krzyżowe to wypełnienie słów Chrystusa Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24).
Jeśli kto chce pójść za Mną – czyli, jeśli ktoś chce być chrześcijaninem.
Niech się zaprze samego siebie – ma podążać Wolą Bożą, a nie swoją; ma iść drogą wyznaczoną kierunkowskazami i utwardzoną, a nie skrótami, które mogą wydawać się ułatwieniami, a w rzeczywistości może się tam czaić wiele pułapek, de facto utrudniających dotarcie do celu.
Krzyż swój – wszelkie nasze trudności, troski, ale i talenty, które mamy wykorzystać; po prostu wszystko, co jest nam dane od Boga, z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Niech Mnie naśladuje – tak jak Chrystus na Swej drodze krzyżowej, w pokorze przyjmujący wszystko, co go spotyka, zarazem z wiarą i nadzieją, że ta droga nie samym cierpieniem, lecz środkiem do niewyobrażalnego szczęścia; i z miłością do każdego napotkanego, a przede wszystkim do Boga.

Chrystus powiedział te sławetne słowa tuż przed tym, jak poprowadził trzech wybranych uczniów na Górę Tabor, gdzie się przemienił wobec nich, ukazując Swą Boskość. Czyli powiedział to przed wyruszeniem w niełatwą drogę na wysoką górę. Co więcej, Przemienienie miało miejsce niedługo przed Jego ostatnią drogą do Jerozolimy (czyli świętego miejsca!) i na 40 dni przed Jego Męką krzyżową w dniach paschalnych (czyli uroczystość!). Zatem wyraźnie zaznaczył, że ta droga z krzyżem, pełna cierpienia, które jednak jest oczyszczające, wiedzie do Jerozolimy, do Paschy. Ten moment Przemienienia to wzmocnienie, bez którego – dowodu Boskiej Wszechmocy i ogółem dowodu Boskości Jezusa – byłoby nam ciężko. Pewnie byśmy ten nasz krzyż rzucili i zostali na poboczu.

To Przemienienie, ten dowód, tę pomoc Bożą możemy różnie rozpatrywać.
Z jednej strony, stało się to po wyznaniu Piotra wobec Chrystusa „Tyś jest Mesjasz, Syn Boży”. Jeśli uznajemy Jezusa za Mesjasza i Syna Bożego, za naszego Pana, możemy na początku oczekiwać szczególnej pomocy Bożej, jak i zdarcia łusek z naszych oczu, dostrzeżenia czegoś, co może było przed naszymi oczami, a czego nie dostrzegaliśmy. Kiedy pielgrzymujemy do świętego miejsca, to może stać się w każdym momencie. Zachwycimy się jakimś krajobrazem i pomyślimy o pięknie stworzenia, pomyślimy o Stwórcy i tak odkryjemy Boga. A może ktoś nam poda wodę i w drugim człowieku dostrzeżemy stworzenie na obraz Boży.
Z drugiej strony, Przemienienie nastąpiło dla wzmocnienia uczniów wobec późniejszych wydarzeń, żeby nie zapomnieli, że Chrystus to Bóg, że cierpi dobrowolnie, jak i żeby im było łatwiej przejść późniejsze próby (Piotr – wyparcie się; Jan – stanie u krzyża; Jakub – pierwszy apostoł-męczennik). Cóż, można się spodziewać, że po chwili takiego olśnienia, czy też doświadczenia Boga, nadejdzie dłuższy czas trudów i prób. Wówczas nie można zapomnieć o tamtej Boskiej chwili.

Droga krzyżowa do Paschy, a przecież Pascha oznacza „Przejście”. Tu jest nieustanny dynamizm. Widać tu właśnie istotę samej drogi w chrześcijańskim pielgrzymowaniu. To pielgrzymowanie nigdy się nie kończy. To proces nieustannego doskonalenia się, nieprzerwanego zbliżania się do Boga, który jest taką Doskonałością, że wiecznie musimy do Niej dążyć. To wcale nie jest deprymujące czy beznadziejne; przeciwnie – to wręcz daje nadzieję, że nigdy nie może być nudno. W życiu duchowym musimy iść naprzód, bo jeśli stoimy, to tak naprawdę cofamy się; ktoś może powiedzieć, że gdy pielgrzymujemy i zostajemy dłuższy czas w jednym miejscu, to przecież nie idziemy do tyłu. Ale jednak rozleniwiamy się, coraz mniej chce się nam ruszać dalej, mięśnie zastygają, brak nam tego rozkręcenia się, rytmiczności. A rozleniwienie i utrata systematyczności, rytmiczności w życiu duchowym, prowadzi przecież właśnie do cofania się. Dynamizm kryje też tajemnicę miłości i Boskiej Trójcy. Miłość jest dynamiczna, nie znosi bezruchu, nieustannie musi być wymieniania, rozprzestrzeniana. Tak na poziomie Boskim, jak i ludzkim. Relacje wewnątrz Trójcy, które my, jako ludzie, staramy się odwzorowywać, są dynamiczną miłością. Relacje…

Podstawowym elementem pielgrzymowania są spotkania, a te służą budowaniu relacji – dynamicznych, a nie statycznych (o te drugie teraz w dobie Internetu tak łatwo, niestety, ale one tak naprawdę nam nie wystarczają). Spotkania z Bogiem, drugim człowiekiem i z samym sobą.
Z Bogiem – bo pielgrzymując, modlimy się, rozmawiamy bardziej o duchowych sprawach, aniżeli zwyczajnych (a nawet jeśli o tych, to inaczej), milczymy, podziwiamy wszystko, co wokół nas jest dziełem Stwórcy, jak już wspomniano. W „pędzie” życia codziennego (w cudzysłowie, bo de facto często jest on statyczny, nie posuwa nas do przodu na drodze do Zbawienia), zwłaszcza my, miastowi ludzie, nie dostrzegamy wielu rzeczy z natury, pogody… Że to wszystko piękne, że wszystko to ma sens, dąży ku czemuś, a raczej ku Komuś.
Z drugim człowiekiem – ze współpielgrzymem, z ludźmi napotykanymi na drodze… Może ten współpielgrzym jest nawet z tej samej parafii, ale nigdy nie ma okazji zagadać („pęd”). Napotykani ludzie – co to są za wzruszenia! Pomogą, zapytają, pomodlimy się razem. Na co dzień jakoś nam trudno o takie niby prozaiczne rzeczy, na pielgrzymce – łatwiej. A przecież to wypełnienie Ewangelii. Tak spotykamy samego Chrystusa… On na swej drodze krzyżowej też s p o t y k a ł – Szymona z Cyreny, niewiasty płaczące…
Z samym sobą – na pielgrzymce nie mamy „przeszkadzajek” dnia codziennego i „pędu”. Mamy samą esencję naszego jestestwa, naszej osoby, prostotę. Możemy poznać nasz organizm – ciała się nie wyrzekajmy, Bóg stworzył nas jako istotę psychosomatyczną (to znaczy z duszą i ciałem); ciało to nasz „nośnik” w pielgrzymowaniu. Jak reaguje na różne sytuacje. W milczeniu możemy się wsłuchać nie tylko w głos Boży, ale i w nas samych. Często teraz nasze myśli są zagłuszane w „pędzie”. A czasem my sami je zagłuszamy, ze strachu. W tych „laboratoryjnych” warunkach dla duszy widzimy, co nam utrudnia modlitwę, czynienie dobrych rzeczy, wypowiadanie potrzebnych słów.

Jak już jesteśmy przy tej prostocie – ważne, by sposób pielgrzymowania nie przysłaniał samej esencji, a o to nam tak łatwo i tutaj, i w innych dziedzinach życia; często mylimy środek do celu z samym celem. Czyli, jeśli pielgrzymujemy samochodem czy pociągiem – byśmy nie cieszyli się nadmiernie, że to „łatwe” lub „przyjemne” pielgrzymowanie; zależy, jak do tego podejdziemy. Jeśli pielgrzymujemy rowerem czy kajakiem – by „nietypowość” czy „atrakcyjność” nie stała się rzeczą najbardziej istotną (a najlepiej: by w ogóle nie była istotna). Wreszcie, gdy pielgrzymujemy najbardziej „tradycyjnie”, czyli pieszo: by odciski, opuchlizny, nadwyrężenia i wszelkie inne dolegliwości fizyczne nie były rzeczą, na której najbardziej się skupiamy. Myślimy o bólu, o tym, jak zabandażować kostkę, jaki plaster zastosować, a także pytamy współpielgrzymów „Jak nogi?” albo „Jak się idzie?”. Owszem, to wyraz troski, ale po głębszym zastanowieniu, to skupianie się na fizyczności, czyli środku do celu… Dlaczego nie zapytać „Jakie masz przemyślenia?”, „Jak wrażenia?”, „Dlaczego idziesz w pielgrzymce?” (nie wchodząc oczywiście w zbyt osobiste sprawy, jeśli ktoś tego sobie nie życzy) albo nawet „Czy w czymś Ci pomóc?” (to ma już inny, bo szerszy wydźwięk). I przy tych wszystkich sposobach pielgrzymowania ważne jest, byśmy nie wpadli w pychę, że jesteśmy pielgrzymami. Judasz był apostołem i co z tego? Radość z pielgrzymowania, to musi być. Odpowiedzialność związana z byciem pielgrzymem również. Ale nie duma, zwłaszcza po dojściu do celu. Bo, po pierwsze, zawsze pomaga nam Bóg, więc to nie jest tylko nasza zasługa, a po drugie… Do celu wciąż tak naprawdę dążymy. Tu jest ten opisany wcześniej dynamizm.

Pielgrzymowanie to podążanie na uroczystość do miejsca świętego = droga krzyżowa do Paschy w Jerozolimie; to niesienie krzyża, to ruch i dynamizm miłości, to spotkania, to środek do celu… To po prostu nasze życie.

Wprowadzenie Bogurodzicy do Świątyni

opublikowane: 30 lis 2015, 11:37 przez Tamara Samsonowicz

 - autor: ks. Konstanty Bondaruk (za: cerkiew.pl)
 - Święto należy do wielkich świąt nieruchomych i obchodzone jest 21 listopada/4 grudnia. Poświęcone ono jest znanemu jedynie z tradycji wydarzeniu. Tradycja głosi, że gdy Maria ukończyła trzy lata, jej rodzice zgodnie z obietnicą postanowili poświęcić ją Bogu. W otoczeniu krewnych, rówieśnic i znajomych Maria uroczyście wprowadzona została do świątyni jerozolimskiej. Ku zdumieniu obecnych trzyletnia dziewczynka bez niczyjej pomocy weszła po 15 wysokich stopniach prosto w objęcia arcykapłana Zachariasza. Arcykapłan kierowany tajemnym znakiem Bożym wprowadził Marię do Świętego Świętych, gdzie sam wchodzić mógł tylko raz do roku. Rodzice z radością i przeczuciem niebywałej roli, jaką odegra ich córka, powrócili do domu...

Maria pozostała przy świątyni, oddając się bez reszty modlitwie i pracy, umacniając się w wierze i wzrastając w mądrości. Z upodobaniem czytała Pismo Święte, wyszywała szaty kapłańskie i opiekowała się biednymi oraz kalekami. Postanowiła przy tym zawsze pozostawać dziewicą. Z błogosławieństwa i za radą arcykapłana powierzona została, gdy przyszła pora opuszczenia świątyni, opiece sędziwego już wówczas Józefa. Wraz z nim zamieszkała w Nazarecie, trwając w czystości i pomnażając liczne cnoty.

Święto Wprowadzenia Bogurodzicy do Świątyni zwraca naszą uwagę na znaczenie świątyni w wychowaniu dzieci. Maria złożyła Bogu w ofierze swe dzieciństwo, najpiękniejszy okres życia. Przykład Joachima i Anny, którzy podobnie złożyli Bogu w ofierze swą rodzicielską miłość, ukazuje rodzicom obowiązek wychowywania dzieci przy cerkwi. Wszystkie dzieci powinny od najmłodszych lat uczęszczać na nabożeństwa i lekcje religii, uczyć się, przysposabiać do pożytecznych prac, rozwijać duch pobożności i bojaźń Bożą.

Święto Wprowadzenia Bogurodzicy do Świątyni ustanowione zostało prawdopodobnie w IV w. Z tego okresu pochodzą najstarsze homilie na to święto św. Grzegorza z Nyssy. Tradycja mówi, że cesarzowa Helena zbudowała świątynię pw. Wprowadzenia, co wskazuje na upowszechnienie się święta nieco wcześniej. Święto ma 1 dzień przedświąteczny i 4 poświąteczne.

W przeddzień święta sprawowane jest nabożeństwo całonocnego czuwania z litiją. W sticherach zawarty jest opis wprowadzenia do świątyni wraz ze znaczeniem tego wydarzenia. Matka Boża przychodzi, by przygotować się do oczekującego ją zadania. W jej osobie doszło do pojednania z Bogiem i przebóstwienia natury ludzkiej. W paremijach wyrażone są następujące myśli: w pierwszej (Wj 40, 1-5, 9-10, 34-35) mowa jest o urządzeniu Przybytku Świętego i jego poświęceniu. W drugiej (1 Krl 7, 51,8,1,3, 7,9-11) słyszymy o przeniesieniu Arki Przymierza do świątyni Salomona. Zarówno Przybytek, jak i świątynia jerozolimska były figurą Matki Bożej, w której zamieszkał Bóg. Trzecia paremija opowiada o tajemniczej bramie widzianej przez proroka Ezechiela (Ez 43,27, 44,1-4).

Istota święta wyrażona jest w troparionie "Dzisiaj wstępne okazanie Bożej dobroci i wstępne objawienie zbawienia ludzi. W Bożej świątyni uroczyście zjawia się Dziewica i wszystkim już teraz głosi Chrystusa. I my donośnie zawołajmy: Raduj się, wypełnienie Opatrzności Stwórcy!" (Dnies błohowolenija Bożija predobrażenije i czełowiekom spasienija propowiedanije. W chramie Bożim, jasno Diewa jawlajetsia i Christa wsiem predwozwieszczajet. Toj i my wieległasno wozopiim. Radujsia smotrenija Ziżditielewa ispołnienije).

W kanonie święta oprócz widzialnej strony wprowadzenia Marii do świątyni podkreśla się, że Bóg wyraził swe upodobanie dla Marii w samej uroczystości jej ofiarowania. Dla naocznych świadków stało się jasne, że nie jest to zwyczajne dziecko, lecz wybranka Boża, która zapoczątkowała wylanie wielkich łask na całą ludzkość. Na kanonie od tego dnia cerkiew śpiewa "Chrystus się rodzi - sławcie", wskazując tym samym, że zbliża się wielkie święto - Narodzenie Chrystusa.

Podczas Liturgii wygłasza się, ten sam prokimenon, co w dzień Narodzenia Bogurodzicy (Łk 1,46-47) Lekcja apostolska zawiera fragment Listu Apostoła Pawła do Hebrajczyków (9, 1-7). Mowa jest w nim o Przybytku Świętym będącym figurą Matki Bożej. Ewangelia wg Łukasza (10, 38-42; 11, 27-28) jest identyczna z tą, którą odczytuje się w Święto Narodzenia Bogurodzicy.

Zamiast "Zaprawdę godnym" (Dostojno jest) śpiewa się "zadostojnik" z refrenem "Aniołowie widząc wstępowanie Najczystszej zdziwili się, jak z chwałą weszła Ona do Świętego Świętych." (Anhieli wchożdzienije Preczystyja zriaszcze udiwiszasia, kako Diewa wnidie wo Swiataja Swiatych).


Niniejszy tekst jest fragmentem książki "Nauka o nabożeństwach prawosławnych" ks. Konstantego Bondaruka. Została ona wydana przez diecezję białostocko-gdańską w 1987 r.

redakcja - Anna Czerewacka, Ewa Siegień

Czy dieta to post?

opublikowane: 28 lut 2015, 06:48 przez Tamara Samsonowicz

 - opr. ks. dr Włodzimierz Misijuk (za: prawosławie.pl)
 - Częścią syndromu – zespołu charakterystycznych objawów – życia współczesnego człowieka jest niemalże całkowite zaniedbanie postu. Niemalże całkowite, bowiem ciągle postępującemu zanikaniu świadomości natury, znaczenia i potrzeby praktykowania postu towarzyszy nie tylko przetrwanie, ale nawet swoista kariera diety. Powszechnie dostępne są dietetyczne reguły, przepisy, zalecenia, których przestrzeganie ma pomóc zrzucić nadwagę, utrzymać ciało w dobrej kondycji czy zapewnić dobre samopoczucie. W internecie można znaleźć najprzeróżniejsze diety na wszystko – na odchudzanie, oczyszczające, odtruwające, na włosy i paznokcie, na mroźne dni, na dobry humor i na chandrę. Pojawiają się nawet „diety cud”. Jedna z jej najnowszych „odchudzających” wersji obiecuje: „Jedz, co chcesz, a cud na pewno się stanie – gdy przy tym schudniesz”. Na księgarskich półkach ciągle pojawiają się nowe książki kucharskie, nie da się nie zauważyć mnogości kulinarnych programów telewizyjnych. To zjawisko sięga daleko poza sferę konsumpcji – ktoś podsumował je stwierdzeniem: „Żyjemy w świecie, w którym filozofów zastąpili kucharze i dietetycy” i w związku z tym „rośnie grupa osób świadomych, że jedzenie to deklaracja światopoglądowa”.

Współczesna i nowoczesna dieta, lecznicza czy żywieniowa, raczej nie kojarzy się z postem, postrzeganym przeważnie jako religijny przeżytek. Jakże więc jej upowszechnienie się miałoby chronić post przed zapomnieniem i powodować, że jego zaniedbanie jest tylko „niemalże całkowite”? Dzieje się tak dlatego, że dieta jest bardzo ważną częścią postu. W powszechnym mniemaniu, religijny post przeważnie kojarzy się przecież ze wstrzemięźliwością w jedzeniu. Choć poprawnie pojmowany i stosowany post wcale na tym nie poprzestaje, obejmuje i oddziałowuje na wszystkie inne sfery życia, ograniczenia w jadłospisie mają znaczenie szczególne. Dlaczego? Spróbujmy przyjrzeć się temu nieco dokładniej.

W hebrajskiej i greckiej terminologii post oznacza całkowite powstrzymywanie się od jedzenia i picia w ciągu całego dnia i na tym właśnie polega(ł?) jednodniowy post chrześcijan w środy i piątki. Monastyczne praktyki ascetyczne spowodowały pojawienie się coraz to dłuższych okresów postu, w których trudno było o wielodniową całkowitą abstynencję. To wówczas pojawiły się reguły postnych ograniczeń jadłospisu. Najważniejsze z nich to przejście na „dietę wegetariańską” związane z dążeniem do maksymalnego ograniczenia środków przeznaczonych na zakup pożywienia i czasu potrzebnego na jego przygotowanie. To właśnie z tego względu dopuszczalne było również spożycie kalmarów, ośmiornic, mięczaków i skorupiaków – bezkrwistej fauny morskiej, zwanej obecnie „owocami morza”. W owych czasach postrzegane były one jak współczesne „jedzenie śmieciowe” – „tanie i łatwe w produkcji, ale ubogie pod względem dietetycznym”. Wystarczyło pociągnąć koszem po dnie morza czy stawu, wrzucić zagarnięte „śmieci” do garnka z wodą i zagotować. 

Postne zmagania z jadłospisem to w gruncie rzeczy powstrzymywanie się od spożywania tego, co dobre – mięsa i nabiału. W ten sposób uczymy się albo pielęgnujemy w sobie zdolność powstrzymywania się od czynienia tego, co złe – grzechu. Uporządkowanie podstawowej sfery życia, jaką jest jedzenie – zdolność decydowania, co, ile, kiedy i jak spożywamy – dodaje sił, stwarza możliwości podejmowania prób poprawnego zarządzania innymi sferami naszego życia – tym, co nie pojawia się tak często i regularnie jak jedzenie. Chodzi tu nie tylko o to, co postrzegamy innymi zmysłami – oglądamy, słuchamy czy dotykamy. To również to, co mówimy. Najważniejsze i najtrudniejsze do „uporządkowania” są osobowe relacje z innymi ludźmi. To trudne zadania. To dlatego post nie kończy się na ograniczeniach w jadłospisie i ma dość szeroki zakres innych działań „wspomagających”. Czy dieta żywieniowa nastawiona na osiągnięcie jakiegoś konkretnego celu – zrzucenie nadwagi, lepsze samopoczucie czy zdrowie – jest w stanie im podołać?

Jeśli celem stosowania diety jest zachowanie lub polepszenie stanu zdrowia, warto pamiętać, że człowiek to ciało i dusza. Trzeba dbać o jedno i drugie. Dieta zdaje się koncentrować na ciele, bowiem ludowa mądrość głosi: „W zdrowym ciele zdrowy duch”. We współczesnym pojmowaniu zdrowie ducha uzależniane jest od zdrowia ciała, ale w rzeczywistości jest odwrotnie. Zdrowie ciała jest świadectwem zdrowia ducha i tak właśnie ową maksymę traktuje post.

Wiele można usłyszeć/przeczytać o zdrowotnym znaczeniu diety. To samo z pewnością można powiedzieć o poście. Ale to poczuciu głodu (czytaj – ścisłemu jednodniowemu postowi) najnowsze badania medyczne przypisują zdolność organizmu do pobudzania aktywności komórek macierzystych. Czy nie można by, zatem, stwierdzić, że post nie tylko podtrzymuje zdrowie ciała, ale „zakulisowo” wspomaga jego leczenie?

O leczniczym działaniu postu w sferze ducha wyraźnie mówi ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu epileptyka. Gdy apostołowie zapytali Chrystusa, dlaczego sami nie mogli wypędzić demona, usłyszeli, że „ten rodzaj nie wychodzi inaczej jak przez modlitwę i post” (Mt 17,21). Te słowa wskazują na potrzebę łączenia postu z modlitwą. Inna mądrość ludowa parafrazuje je stwierdzeniem: „Post bez modlitwy to tylko dieta”.

Aby zachęcić do poszukiwań jeszcze „głębszego” znaczenia postu posłużę się fragmentami wstępu do rozważań o trwającym właśnie Wielkim Poście, zaczerpniętymi z tekstu bp. Kallistosa Ware pt. „Wielki Post i konsumpcyjne społeczeństwo”.

W Kościele prawosławnym Wielki Post rozpoczyna się dwa dni wcześniej niż na Zachodzie. W odróżnieniu od ceremoniału środy popielcowej, związanego z poczuciem śmiertelności i skruchy, prawosławni Grecy w „Czysty Poniedziałek” całymi rodzinami zwykli wyjeżdżać na wieś, wchodzić na wzgórza i – puszczać latawce. Wschodniochrześcijańska tradycja zachęca do kojarzenia Wielkiego Postu ze świeżym powietrzem, z wiatrem hulającym po wzgórzach, z nadejściem wiosny. Wielki Post jest czasem przygody, odkrywania, nowych inicjatyw i nowych nadziei. To nie przypadek, że Wielki Post nie następuje jesienią, kiedy spadają liście i dni stają się coraz krótsze, ani też w zimie, gdy drzewa są nagie, a wody zamarznięte, lecz na wiosnę, gdy pękają lody i wszędzie pojawia się nowe życie. W prawosławnych tekstach liturgicznych pojawiają się słowa: „Nadeszła postna wiosna, kwiat pokajania zaczął się rozwijać”. Pokajanie – metanoia, „zmiana zdania”, „zmiana postawy” – to nie tylko popiół, ale też otwierające się kwiaty.

Będąc okresem poszukiwania, duchowej wiosny, Wielki Post pobudza również do refleksji nad sposobem korzystania z naszej ludzkiej wolności wyboru. W czasie Wielkiego Postu uczymy się być wolnymi. Wolności bowiem, tak jak i spontanicznego sposobu bycia, trzeba się nauczyć. To tak jak z grą na instrumencie. Nie zagram na skrzypcach żadnej melodii, jeśli wcześniej, poprzez długotrwałe i wytężone ćwiczenia, nie nauczę się prawidłowo z nimi obchodzić. Podobnie dzieje się z naszym praktykowaniem wolności na płaszczyźnie moralnej. Wolna wola to część obrazu Bożego w człowieku. Jako osoba stworzona na podobieństwo Boga nie jestem prawdziwie wolny, dopóki nie nauczę się używania mej wolności właściwie. Ten proces uczenia się wymaga posłuszeństwa, wytrwałości i samodyscypliny, bowiem wolność nie jest jedynie darem – to również zadanie. Rosyjska duchowość określa je terminem podwig – ascetyczny wysiłek, zmaganie duchowe. Jak słusznie stwierdza Mikołaj Bierdiajew (1874-1948), „Wolność nie jest łatwa, jak twierdzą jej wrogowie i oszczercy: wolność jest trudna; to ciężkie brzemię”. Ale jest to również przywilej i radość.

Celem Wielkiego Postu jest łamanie barier, abyśmy mogli w pełni dzielić nasze życie z Bogiem i ze sobą nawzajem. Post to „decentralizacja” – przeniesienie naszego upadłego ja z centrum naszej uwagi, by w sercach znalazło się miejsce dla innych i dla naszego Stwórcy. Wielki Post uczy, jak powiedzieć nie tylko „ja”, ale również „Ja-i-Ty”; nie tylko „ja”, ale i „my”. W ten sposób w naszym obecnym konsumpcyjnym społeczeństwie, zdominowanym przez egoizm i żądzę posiadania, Wielki Post zyskuje wyraźnie współczesną stosowność.

Powinniśmy uświadomić sobie, że wstrzemięźliwość, postrzegana często jako główna cecha Wielkiego Postu, nie jest celem, lecz środkiem. Wstrzemięźliwość okazuje się bezwartościowa, jeśli nie prowadzi do odnowienia relacji i więzi zarówno z ludźmi, jak i z całym stworzeniem.         

Istotą Wielkiego Postu nie jest jedynie sposób naszego korzystania z pokarmów i napojów. Nasze pojmowanie Wielkiego Postu powinniśmy poszerzyć, biorąc pod uwagę: po pierwsze, analogię ze Starego Testamentu; po drugie, sposób, w jaki Wielki Post pojawił się we wczesnym Kościele, i po trzecie, jego szczególne znaczenie w dzisiejszym świecie. To ukaże nam, że post dotyczy: po pierwsze, dziękczynnego ofiarowania świata na powrót Bogu; po drugie, chrzcielnej inicjacji i misyjnego świadectwa Kościoła; i po trzecie, naszego stosunku do innych ludzi i do środowiska materialnego. Podsumowując w kilku słowach: Wielki Post to ofiara, nauczanie i uczestnictwo.

Zachęcam do lektury całego tekstu bp. Kallistosa…

W tych rozważaniach na temat postu i diety chciałem wskazać szersze znaczenie postu, na czym może polegać jego działanie, jakie są/mogą być jego efekty i dlaczego warto (przynajmniej od czasu do czasu) „pogłębiać” dietę, uzupełniając ją pozostałymi (przynajmniej niektórymi) elementami postu. Skoro „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, wierzę, że nawet nieśmiałe próby udoskonalania diety i „oprawiania” jej postnymi „działaniami towarzyszącymi” będą z czasem owocowały pragnieniem holistycznego traktowania diety, działania na wszystkich frontach – „pójścia na całość”.

Zniewoleni przyzwyczajeniem

opublikowane: 28 gru 2014, 10:33 przez Tamara Samsonowicz

 - autor: o. Marek Ławreszuk (za: Rozdziały Marka)
 - Dyskusje na temat cerkiewnego kalendarza w Polsce wzbudzają się mniej więcej w czasie przedświątecznych promocji w sieciach handlowych. Początek grudnia, początkiem walki o czystość tradycji, ujednolicenie bądź zdywersyfikowanie kalendarza liturgicznego i pozostałe tematy poboczne. Po nasyceniu się świątecznym pokarmem w dwóch turach (25 XII i 7 I), głód rozwiązania problemu zostaje pokonany.

Wydaje się, że kwestia nasycenia się gasi głód walk kalendarzowych, aż do kolejnych rodzinnych świąt. Ale czy to na pewno trafna diagnoza?

Stawiam nową tezę. Problemem jest nasze skoncentrowanie się na tym jedynym święcie, jego przeakcentowanie, które (co niezmiernie ważne w tym wątku) jest jedynie OBRZĘDOWE a nie DUCHOWE. Boże Narodzenie w kulturze masowej, religijnej i ateistycznej stało się centralnym i najważniejszym elementem kultywowania tradycji.

Religijnie rozwija się to w stronę wigilii, kolęd, choinki, karpia, szopek, barszczu i setek innych mniej lub lepiej skomercjalizowanych i zglobalizowanych elementów. W tradycji ateistycznej święta te też są obecne - przecież mamy Winter Holiday, prezenty w skarpetach, santa clausów z gromadą reniferów i elfów, przedświąteczne promocje i poświąteczne wyprzedaże, akcje charytatywne i nieodparte poczucie zbliżenia się do tych, których przez cały rok ignorujemy.

Oczywiście w obu przypadkach tradycje te, mniej lub bardziej maskują prawdziwy charakter Bożego Narodzenia. Wigilia staje się centralnym elementem, rodzina - głównym bohaterem, prezenty i kolędy - sezonową rozrywką, szopka - tubą politycznych manifestacji. Kto już zupełnie nie chce widzieć w tym Boga, też może spędzać radosne święta. Parę lat temu dziwiłem się, że amerykańscy Żydzi również stawiają w swych domach choinki i obdarowują się prezentami w skarpetach. Teraz już mnie to nie dziwi. Wkrótce cały świat będzie w świętach grudniowo-styczniowych widział jedynie tą wierzchnią, tradycyjną warstwę.

Nic więc dziwnego, że w Cerkwi w Polsce my również przeżywamy swoje bożonarodzeniowe rozterki. Roztrząsając kwestie kalendarza, zastanówmy się co nas do tej dyskusji prowokuje?

Teraz uwaga, objawiam sensacyjną wiadomość: kalendarz nie dotyczy jedynie Bożego Narodzenia. Jest systemem, który porządkuje nasze życie na przestrzeni całego roku. W kalendarzu tym obowiązuje pewien schemat i porządek. Święta nie spadają nagle, jak santa claus w przewodzie kominowym, mają swoją kolejność. Dzień świąteczny nie pojawia się znikąd, jest poprzedzony przygotowaniem, okresem przedświątecznym, ze swoją ściśle określoną tematyką. Kalendarz buduje naszą drogę na przestrzeni roku, od Paschy do Paschy, niekiedy zazębia się, czasem przyspiesza, czasem zwalnia, dopasowując się tym samym do treści, które pragnie nam przekazać. A tej treści jest co niemiara. Na wiosnę archanioł objawia Marii, że ta narodzi Mesjasza. Po dziewięciu miesiącach rodzi się Zbawiciel. Osiem dni po narodzinach, zgodnie z tradycją żydowską Dziecko jest obrzezane, co kalendarz liturgiczny wspomina w dniu święta Obrzezania Pańskiego (14 stycznia). W kalendarzu, w cyklu rocznym, zawarta jest jednak cała historia Bożego aktu zbawczego. Dlatego wkrótce po Obrzezaniu wspominamy Chrzest Pański, kiedy to trzydziestoletni Zbawiciel przychodzi nad rzekę Jordan. To także początek ewangelicznego nauczania. Zbawiciel wychodzi do ludzi i ukazuje im drogę do Królestwa Niebiańskiego. A ponieważ droga ta prowadzi poprzez "wyrzeczenie się samego siebie", to również i On, Mesjasz i Zbawca Jezus Chrystus przechodzi tą drogę. Następuje Krzyż, poprzedzony Niedzielą Palmową. A na trzeci dzień Zbawiciel Zmartwychwstaje. Na czterdziesty dzień po Zmartwychwstaniu pozostawia swoich uczniów i wznosi się na niebo, a w dziesięć dni później zsyła im Pocieszyciela, Ducha Świętego. Dalej kalendarz wspomina o owocach Ducha Świętego, które od tego dnia nieustannie widoczne są w Cerkwi. Tydzień po Pięćdziesiątnicy modlimy się za Wszystkich Świętych, tj. wspominamy tych, którzy są dowodem na moc łaski Ducha Świętego.

To wszystko, i znacznie więcej, opowiada nam kalendarz liturgiczny. A my, wraz z nim, wszystko to przeżywamy. Stajemy się uczestnikami Bożej historii, podążamy do tych wydarzeń i staramy się w nich uczestniczyć.

A może jednak nie?

Czy kontrowersje kalendarzowe wokół starego i nowego stylu, które uwidaczniają się na przełomie roku, nie stanowią pośrednio dowodu na to, że z tego całego cyklu, wybieramy tylko jeden, dwa elementy, wokół których budujemy nasz własny liturgiczny kalendarz? Boże Narodzenie i Wielkanoc wystarczą. Jedno to święto rodzinne, drugie - trochę bardziej Boże. I wystarczy. I na jednym i na drugim nie skupiamy się ze względu na ich duchowy charakter, lecz ze względu na tą natarczywą kampanię medialną, która przypominając o tych wszystkich ważnych "tradycjach" i "obrzędach", chcąc nie chcąc przypomina i nam o tym, że coś świętować trzeba.

Szczerze i oddanie walczymy o kalendarzowy porządek na przełomie roku, bo przecież i dzieci a czasem bardziej dorośli, też chcą "ze wszystkimi" zjeść wigilijną wieczerzę, dostać prezenty, mieć wolne, poświętować z rodziną, odwiedzić bliskich, życzyć znajomym z Facebooka wszystkiego co najlepsze.

Nie staram się w tym wątku odpowiedzieć na problem istnienia dwóch kalendarzy liturgicznych w naszej Cerkwi. Chcę podkreślić jedno ze źródeł tego problemu, które tkwi w naszym przywiązaniu się do tej masowej, "christmasowej" tradycji. Walka o kalendarz przypomina mi walkę o ten stół wigilijny z dwunastoma potrawami, choinkę, prezenty i całą tą świąteczną otoczkę. Walka ta ucicha i ginie kiedy Cerkiew wspomina święto Zwiastowania Bogurodzicy, Spotkanie Pańskie, Przemienienie Pańskie czy Zaśnięcie Bogurodzicy. Czy może to świadczyć o tym, że te święta dla większości przechodzą niezauważalnie? Być może tak, a przyczyną tego jest ich nieskomercjalizowanie. Tych świąt nie zauważamy w centrach handlowych, w zakładach pracy czy szkołach. W urzędach wojewódzkich nie przynoszą na uroczyste spotkania świec gromnicznych, nie dzielą się poświęconymi owocami czy ziołami. Wtedy też przestaje to być ważne. Te święta przemijają bez większego zainteresowania.

Piszę tak z perspektywy życia parafialnego w Białymstoku. Boże Narodzenie i Pascha to święta, dla których powinniśmy wybudować dodatkowe nawy w świątyni. W dni pozostałych świąt, miejsca dla wiernych nie zabraknie.

Poruszone kwestie nie są również związane z ludźmi, którzy żyją życiem liturgicznym w parafiach kierujących się nowym stylem. Tam wszystkie święta, cały cykl kalendarzowy zachowany jest spójnie i logicznie, jedynie nieco wcześniej niż w parafiach starostylnych.

Powyższe wywody skleciłem w oparciu o fenomen lokalnych, podlaskich pomysłów, kiedy ludzie, którzy na co dzień, uczestniczą w życiu liturgicznym w oparciu o stary styl, na koniec grudnia czynią w nim wyłom, żeby poświętować Boże Narodzenie "razem ze wszystkimi". Przyczyny i intencje są różne, efekt podobny - koncentrując się na otoczce Bożonarodzeniowej, wigilijnym stole i rodzinnym przyjęciu, ignorujemy zarówno duchowe przeżycie tego konkretnego święta, jak też ukazujemy ignorancję dla drogi, którą w trakcie roku prowadzi nas Cerkiew. Ta niekonsekwencja obnaża nasze podejście do wyznawanej wiary. Podejście, które zawstydza swoją banalnością i przyziemnością. Poświętowawszy Boże Narodzenie, ludzie wrócą po jakimś czasie do swoich parafii, gdzie życie płynie swoim stałym tempem. I tak nasyceni świętowaniem wytrwają w tym niezrozumiałym przez nich kalendarzu do kolejnych "rodzinnych" świąt.

PS. Wśród uczniów szkół średnich, których kiedyś uczyłem, jedynie jednostki znały datę święta Spotkania Pańskiego. Wniosek narzuca się sam - święto nieznane. Skoro nieznane to i problemu nie ma, kiedy i według jakiego kalendarza ktoś je w parafii wspomina.

O. Marek Ławreszuk, absolwent Prawosławnego Seminarium Duchownego i Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, doktor nauk teologicznych, wikariusz parafii Zmartwychwstania Pańskiego w Białymstoku. Żona, dwójka dzieci. P.o. kierownika Katedry Teologii Prawosławnej UwB, redaktor czasopisma teologicznego Elpis. Hobby i pasje związane z tym, co robi. Słowa klucze w działalności – Liturgia i liturgika. Nie lubi nazywania siebie słowem „ksiądz”.

Rumuński starzec Kleofas o kalendarzu cerkiewnym

opublikowane: 19 lis 2014, 11:05 przez Tamara Samsonowicz   [ zaktualizowane 19 lis 2014, 11:14 ]

 - tłumacz. Dominika Kovačević (za: cerkiew.pl)
 - Starzec Kleofas (rum. Cleopa, świeckie imię Konstantyn Ilie) wraz z Justynem (Pârvu) i Arseniuszem (Papacioc) to jedni z największych współczesnych Starców nie tylko Rumunii, ale i Cerkwi prawosławnej ogółem. Starzec Kleofas, zmarły w 1998 roku, był wielkim ascetą o niezwykłej pokorze i zdecydowanym obrońcą tradycyjnego prawosławnego stylu życia. W czasach komunizmu w Rumunii aż trzy razy był zmuszony do prowadzenia bardzo pustelniczego życia w górach – tak go prześladowano. A i tak to życie nazywał „królewskim” sądząc, że nie czyni wystarczającego wysiłku ascetycznego. Ostatecznie, w 1956 roku pozwolono mu wrócić już na stałe do słynnego monasteru Sihastria, gdzie pełnił funkcję igumena i spowiednika już do końca swojego życia. Przychodzili do niego zarówno mnisi i duchowni, w tym obecny patriarcha Daniel, jak i ludzie prości. W latach dziewięćdziesiątych, po upadku komunizmu, przychodzili do Starca nawet rumuńscy biznesmeni, szukający odnowy swego życia i porad duchowych. Ludzie pobożnie pielgrzymujący na jego grób w Sihastrii doznają cudownych uzdrowień.


Poniżej przytaczamy jedną opowieść starca Kleofasa oraz jedną rozmowę z nim, obydwie dotyczące sprawy kalendarza cerkiewnego:

Rzecz wydarzyła się naszemu księdzu, Kalistratowi Bobu. Mój Boże! To był bardzo dobry duchowny. Bardzo dobry. Ale pewnego dnia zszedł na dół, by zobaczyć się z mniszką, która mieszkała w lesie (w tamtym czasie było tutaj około 50 pustelników i pustelniczek żyjących w okolicznych lasach) i powiedziała młodemu księdzu: Ludzie! Święta Łaska nie zstępuje na was, ponieważ przeszliście na nowy styl!

Ojciec Kalistrat wrócił i powiedział o tym naszemu ojcu przełożonemu. Mój ojciec przełożony wrócił wówczas ze Świętej Góry: to był hieromnich wielkiej schimy Joanicjusz, od którego przyjąłem postrzyżyny mnisze. Był takim mnichem, który jadł tylko w soboty i niedziele, a w resztę dni – nic. W niedzielę pytał tylko: Czy masz troszkę soku z kapusty i trochę pszenicy? Przez dwadzieścia lat wszystkie Liturgie [w monasterze] sprawował on, i siłę czerpał tylko ze Świętej Eucharystii. Kiedy kalendarz został poprawiony, pościł dwadzieścia trzy dni. Nie spróbował niczego, dopóki Trzech Hierarchów [św. Bazyli Wielki, św. Jan Chryzostom i św. Grzegorz Teolog, przyp. tłum.] nie objawiło mu się i nie powiedziało mu, by posłuchał Cerkwi! Żeby trzymał się takiego kalendarza, jakiego będzie się trzymać nasza Cerkiew!

Więc pewnego dnia, ten ojciec, Kalistrat Bobu, sprawował nabożeństwo. Ja służyłem wtedy jako prisłużnik. I wtedy, za każdym razem kiedy ojciec przełożony przygotowywał chleb na Świętą Komunię, był biały i słodki, podczas gdy ten przygotowywany przez o. Kalistrata był zawsze gorzki w smaku i miał zielonkawe zabarwienie. Zapytałem naszego przełożonego:
- Ojcze, dlaczego tak się dzieje, że kiedy o. Kalistrat służy, jego Eucharystyczny chleb jest zielonkawy i gorzki?
- Mój chłopcze, tak się dzieje, ponieważ służy on z wątpliwością w swoim sercu! Poszedł zobaczyć się z tą szaloną kobietą, Izydorą, która już wcześniej namieszała wieloma problemami w monasterze, i powiedziała mu, że łaska Świętego Ducha nie zstępuje, przez tę zmianę kalendarza. I powiedziałem mu, że wpakuje się w kłopoty przez wątpliwości, czy Święty Duch zstępuje!

Tak jak powiedziałem, byłem wtedy prisłużnikiem. A o. Kalistrat doszedł już do takiego stanu rzeczy, że kiedy wzywał łaski Świętego Ducha – tak! – zobaczył Agnca1  stającego się mięsem, a krew spływała na Święty Dyskos2 i na Święty Antymis3. I kiedy zajrzał w środek czaszy [kielicha], zobaczył krew. Wezwał mnie:
- Kostia!4 Przyjdź tu, synu! Co widzisz?
- Och, ojcze! Dary zamieniły się w ciało i krew! Nasz przełożony powiedział wam, że wpakujecie się w problemy, jeśli stracicie wiarę przez kalendarz, bo kalendarz nie jest ani rzeczą świętą, ani dogmatem!5 To tylko „zegar” do odmierzania czasu. On do teraz już był kilka razy kanonicznie poprawiany.

Kiedy nasz przełożony przyszedł, poprosił o przeczytanie Księgi Psalmów.
- A teraz dobrze!  Czy wierzysz, że Święty Duch zstępuje, i czyni Sakramenty świętymi?
- Wybacz mi, ojcze!
I upadł na kolana.
- Spójrz! Święty Duch zszedł! Przemienił prosforę w mięso! Przemienił wino w krew! Czy macie jeszcze jakieś wątpliwości, ojcze?
- Wierzę, ojcze, przebacz mi!
- A teraz podejdź tu i zbierz Święte Tajemnice!
I wziął dłuto, i zrobił nim dziurę w jednej z nóg Świętego Stołu [tj. ołtarz] – ponieważ Święty Stół jest grobem naszego Pana – i pogrzebał tu Sakramenty. I ponownie poświęcił czaszę, umył ją, i Święty Antymis i wszystkie rzeczy, święconą wodą. Pozostaliśmy na miejscu aż do tego momentu, gdy została przeczytana cała Księga Psalmów; zajęło to cztery godziny, i potem rozpoczął on Liturgię proskomidią, od słów „I jeden z żołnierzy włócznią przebił Jego bok…”, i kontynuował dalej. Odprawił Świętą Liturgię, i incydent się nie powtórzył.
- Widzisz? Wierzysz teraz?
- Wierzę, ojcze!

Nasz przełożony nałożył mu czterdziestodniową pokutę. „Dlaczego nie wierzysz, kiedy ci to mówię, i w zamian idziesz do starej kobiety, by pouczała cię na temat kalendarza?”. To było w 1932 roku. Przybyłem tam w 1929 roku.


                                                                *  *  *

- Ojcze, o co chodzi z tymi ludźmi w Slătioarii6? Mówią oni, że my zaprzedaliśmy naszą wiarę.
- Styliści [tak określa się w Rumunii tych, dla których tylko stary styl jest ważnym kalendarzem w Cerkwi, przyp. tłum.] są zawieszeni przez Święty Synod, ponieważ dbają bardziej o kalendarz, niż o dogmaty naszej Cerkwi, i przez to popadli w nieposłuszeństwo.
- Styliści również przechwalają się, że mają prawdziwą wiarę, a my nie.
- Są oni pyszni i nieposłuszni w tej wierze. W lecie 1992 roku ojciec przełożony [atoskiego] monasteru Xeropotamou, wraz z kilkoma mnichami, złożył wizytę w Rumunii i przejechał przez cały kraj, wioząc ze sobą Święty Krzyż – krzyż zrobiony w V wieku przez cesarza Marcjana i cesarzową Pulcherię, w którym przechowywana jest duża cząsteczka krzyża naszego Zbawiciela. Pocałowałem Święty Krzyż, który był zbroczony krwią Chrystusa. Dwa razy pocałowałem.

Mnisi ze Świętej Góry Athos posługują się starym stylem. Dlaczego nie odwiedzili oni starokalendarzowców w Slătioarii, lecz tylko nasze nowo-kalendarzowe prawosławne monastery?

Pojechali oni do wielu miejsc naszego kraju; i wszyscy mnisi ze Świętej Góry posługują się starym stylem; i przeklęli tych w Rumunii, co posługują się starym stylem. Jako atoscy mnisi, nie złamali swego posłuszeństwa wobec Cerkwi. Posługują się starym stylem, ale słuchają Świętego Synodu Grecji – a Grecy są nowo-kalendarzowi od 1924 roku. Nie wyświęcają diakonów, księży, cerkwi bez zgody ich Świętego Synodu, nic nie robią bez jego zgody. I powiedzieli mi: Powiedz stylistom w twoim kraju, że oni są heretykami. Zaczęli budować własne monastery i cerkwie bez zgody waszego Świętego Synodu.

Czyż nie byłem tam osobiście, na Świętej Górze? Czyż nie sprawowałem świętych nabożeństw z nimi? Starokalendarzowcy tutaj nie chcą tego czynić z nami, ale mnisi z Góry Athos oczywiście, że służą razem z nami! Uczestniczymy w Eucharystii razem z nimi. Uważają oni starokalendarzowców w naszym kraju za pogan. Ci ludzie stali się niczym Lipowanie rosyjscy! [jeden z odłamów staroobrzędowców, przyp. tłum.]

Kalendarz nie jest rzeczą świętą! Miałem o tym wykład, kiedy w Jassach odbywała się intronizacja naszego metropolity. Biskupi i metropolici zebrali się tam, i zaczęli prosić mnie, niegodnego, bym przemawiał, i to w trapiezie7, gdzie było wtedy tylu oficjeli! Mówiłem przez prawie godzinę.

Następnego dnia mówiłem na Wydziale Teologicznym w Jassach i pokazałem im, jak stary styl był już kilka razy poprawiany do teraz. Pokazałem im rok, miesiąc, czas; i jak, gdy stary kalendarz znowu pozostanie w tyle – jak mówi Pedalion8 – będzie poprawiony ponownie. Kalendarz jest zwyczajnym czasomierzem.

Więc co, mamy kłócić się teraz o kalendarz? Czy to jest tego warte?

_________________________________________________________________
1 prosfora przeznaczona do przemiany w Ciało Chrystusa
2 naczynie, na którym znajduje się chleb Eucharystyczny
3 płótno przedstawiające Chrystusa w grobie, z wszytymi relikwiami, danym za błogosławieństwem lokalnego biskupa; niezbędny do sprawowania Boskiej Liturgii
4 zdrobnienie od Konstantyna, świeckiego imienia starca Kleofasa
5 taką samą opinię głosił słynny grecki, atoski starzec Paisjusz, por. "Żywot starca Paisjusza Hagioryty", str. 514-516
6 Slătioara - monaster, w którym siedzibę ma rozłamowy, starokalendarzowy synod Rumunii
7 zachodnie określenie to „refektarz”; miejsce, gdzie mnisi razem spożywają posiłki
8 zbiór prawosławnych kanonów

Tekst ukazał się na stronie prezentującej dziedzictwo rumuńskiego Prawosławia: valahia.wordpress.com.

Z angielskiego przetłumaczyła Dominika Kovačević.

Rumuński oryginał znajduje się na stronie bisericasecreta.wordpress.com

Sobota św. Dymitra i modlitwa za zmarłych

opublikowane: 31 paź 2014, 10:30 przez Tamara Samsonowicz   [ zaktualizowane 31 paź 2014, 10:35 ]

 - autor: o. Marek Ławreszuk (za: cerkiew.pl)
 - W prawosławnej tradycji żywa jest pamięć o św. męczennikach, obrońcach wiary i wielkich ascetach. Święci stanowią dla wiernych przykład i wzór wiary i walki z pokusami. Wśród niezliczonej liczby świętych, szczególną pamięcią otoczony jest św. Dymitr z Tesaloniki, święto którego wspominamy 8 listopada.

W kalendarzu liturgicznym z dniem pamięci św. Dymitra związana jest szczególna data – sobota poprzedzająca dzień 8 listopada. Jest ona nazywana sobotą św. Dymitra (Dimitriewskaja subbota).

Sobota św. Dymitra to dzień modlitwy za zmarłych przodków, w którym jednoczymy się z naszymi braćmi i siostrami, którzy odeszli do innego świata. To dzień szczególnej modlitwy Cerkwi, kiedy w nabożeństwie pojawiają się odpowiednie modlitwy dotyczące zmarłych, kiedy w trakcie Liturgii czytane są fragmenty Pisma Świętego nawiązujące do śmierci i życia przyszłego.

W naszej świadomości sobota św. Dymitra często jednak rozmywa się za przyczyną coraz bardziej skomercjalizowanego 1 listopada. Ten dzień w tradycji rzymskokatolickiej jest dniem Wszystkich Świętych, połączonym z dniem zadusznym, tj. wspomnieniem zmarłych przypadającym 2 listopada. Już w łonie katolicyzmu charakter obu tych dni został zakłócony. W powszechnej świadomości 1 listopada stał się świętem zmarłych, przy czym ograbionym z modlitewnego, wspólnotowego charakteru.

W prawosławnej tradycji fundamentem modlitwy za zmarłych przodków jest modlitwa w cerkwi, w trakcie Boskiej Liturgii, kiedy duchowny wspomina imiona zmarłych w czasie proskomidii i wyjmuje w ich intencji cząsteczki z prosfor. Cząsteczka prosfory to świadectwo i symbol modlitwy za dusze tych, którzy oczekują od nas modlitwy i wsparcia. W czasie Liturgii to za nich i za wszystkich wspominanych żyjących i obecnych na nabożeństwie sprawowana jest Bezkrwawa Ofiara – Święta Eucharystia. Cząsteczki te nieustannie znajdują się na diskosie, na którym złożony jest również Agniec – Chleb Eucharystyczny, który przemienia się w Ciało Chrystusa.

Modlitwa za żywych i umarłych wspominanych na proskomidii wypełnia się na zakończenie Liturgii, kiedy duchowny, który udzielał Eucharystii wiernym, wraca do prezbiterium i na świętym ołtarzu opuszcza cząsteczki intencyjne do kielicha ze słowami: Omyj, Panie Boże, grzechy wspomnianych tutaj, Krwią Twoją Przenajświętszą, modlitwami świętych Twoich.

Ci, za których modlimy się, jednoczą się z Chrystusem w sakramencie Eucharystii. Podobnie jak wierni, którzy przystąpili do Eucharystii, mają udział w świętym kielichu Ciała i Krwi Chrystusa.
Taka też jest prawidłowa i pełna modlitwa za zmarłych.

Prawosławna modlitwa za zmarłych powinna być przede wszystkim wspólnotowa. Uczestniczymy w nabożeństwach, by odpowiedzieć na słowa samego Chrystusa: tam, gdzie dwóch albo trzech zebranych jest w Imię Moje, tam i Ja jestem pośród nich. Stojąc w świątyni w trakcie Liturgii bądź panichidy modlimy się wspólnie, razem, łącząc wszystkie nasze intencje w jedną prośbę, w jedno dziękczynienie, w jedno wychwalenie Bożej wielkości i wszechmocy.

Takiej modlitwy nie zastąpi modlitwa indywidualna czy modlitwa poza świątynią. Poszukiwania innej drogi ukazują przede wszystkim ignorancję dla własnej tradycji i odrzucenie pomocy Cerkwi. 1 listopada w jaskrawy sposób zauważamy rozdwojenie naszej tradycji, zapożyczone już nawet nie ze strony Kościoła rzymskokatolickiego, lecz z duchowości niechrześcijańskiej. Niestety, coraz częściej zamieniamy szczerą, sobotnią modlitwę w cerkwi podczas Liturgii i panichidy na odwiedzanie grobów, spotkania przy nich z rodziną i znajomymi, niesienie na nie kwiatów i zniczy z pominięciem modlitwy w cerkwi, często nawet bez wstępowania do niej. Kwiaty czy znicze nie zastąpią modlitwy, westchnięcie nad grobem nie zastąpi Bezkrwawej Ofiary, w której dzięki naszej modlitwie nasi bliscy mogą mieć swój udział. Również oświęcenie pomników, bez modlitwy w cerkwi, wydaje się niepełnym, ułomnym darem, którego przecież nikt nie chce przekazać swoim zmarłym przodkom.

W czasie modlitwy za zmarłych Cerkiew wzywa wiernych: „Wieczna pamięć”. Niech nasza pamięć o przodkach będzie wieczna, lecz niech także będzie prawidłowa. Niech wspólna modlitwa o dusze zmarłych zostanie wzniesiona w świątyniach, w czasie Liturgii i panichidy, by później, jeśli czujemy taką potrzebę, spożytkować dzień na odwiedzanie grobów naszych bliskich.

Dlaczego czcimy relikwie?

opublikowane: 14 sie 2014, 09:13 przez Tamara Samsonowicz

 - Jarosław Charkiewicz (za: cerkiew.pl)
 - Podstawą chrześcijańskiego kultu świętych relikwii jest dogmat o Wcieleniu. Wielki współczesny święty Cerkwi Serbskiej św. Justyn Popowicz pisze: „Tajemnica świętych relikwii znajduje się w centrum nowotestamentowej wszechtajemnicy – Wcielenia”. Przywołuje przy tym cytat z Listu ap. Pawła do Tymoteusza: Bo z całą oczywistością ujawnia się wielka tajemnica pobożności: Objawił się nam jako człowiek, Duch Go potwierdził, ukazał się aniołom, ogłoszony został narodom, świat w Niego wierzy, do nieba został wzięty w chwale (1 Tm 3, 16). Bóg przyjął ludzkie ciało, a dzięki temu zarówno ludzkiemu ciału, jak i całej materii nadany został boski sens. Słowami św. Ireneusza z Lyonu: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się bogiem”.

Relikwie świętych są zatem świadectwem i uzasadnieniem Wcielenia. Przyjmując na siebie ludzkie ciało w całej jego pełni, druga osoba Trójcy Świętej – Jezus Chrystusa, Syn Boży na zawsze potwierdził bowiem jego godność. Ciało ludzkie nie jest dla chrześcijanina przypadkowym okryciem duszy, ani też jego więzieniem, w którym została zamknięta. Boga można wychwalać nie tylko duchem, ale i ciałem: Niech więc ciała wasze chwalą Boga (1 Kor 6, 20).

I tak apostołowie, a za nimi Święci Ojcowie mówią o przebóstwieniu nie tylko duszy człowieka, ale i ciała. Apostoł Paweł pisał: Czyż nie wiecie, że ciała wasze są świątynią Świętego Ducha, który w was przebywa? (1 Kor 6, 19). Dlatego też chrześcijanie wyznają wiarę w zmartwychwstanie ciał, podobnie jak swym ciałem zmartwychwstał Jezus Chrystus: Oglądajcie moje ręce i moje nogi, bo to Ja jestem! Dotykajcie Mnie i przekonajcie się, przecież duch nie ma ciała ani kości, a Ja mam – jak widzicie! (Łk 24, 39).

Cerkiew prawosławna naucza, że ciało ludzkie jest świątynią Ducha Świętego i nie przestaje takim być również po śmierci. U świętych również ciało dostępuje łaski Ducha Świętego. Kult relikwii wywodzi się więc z przekonania, że uświęcające działanie łaski Bożej przemienia zarówno duszę, jak i ciało człowieka, zaś świadectwem przemiany ciała świętego jest blask, jakim promieniuje, będący odbiciem Boskiego światła, a jednocześnie dowodem na osiągnięcie zjednoczenia świętego z Bogiem.

Bóg zachowuje ciała wybranych przez siebie świętych nie tyko w celu ich wychwalenia, ale również po to, aby objawić przez nie cudowną moc. W relikwiach działa bowiem taka sama łaska Ducha Świętego, którą święci byli napełnieni za życia. Nie opuściła ona ich wraz z ziemską śmiercią. Apostoł Paweł takimi słowy prosi Boga, aby wszyscy chrześcijanie nie doświadczyli rozkładu aż do dnia Sądu Ostatecznego: A sam Bóg pokoju niech was w pełni uświęca. Niech wasz duch i dusza, i ciało bez najmniejszej skazy zostaną zachowane aż do powtórnego przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa (1 Tes 5, 23).

Czcząc święte relikwie, tym samym czcimy świętego, do którego należą, jako że należące do niego uświęcone przez Boga ciało nie zanikło po śmierci. Analogicznie jest z kultem ikon, o czym nieco później.

Oddając cześć relikwiom świętych, tym samym czcimy Stwórcę wszystkiego. Błogosławiony Hieronim ze Strydonu w jednym ze swych listów, w którym wystąpił przeciwko krytykującemu kult męczenników i ich relikwii Wigilancjuszowi, pisał: „Nie czcimy, nie wychwalamy, nie służymy stworzeniu bardziej niźli Stwórcy, czcimy relikwie męczenników, aby wychwalać Tego, za Kogo oni wycierpieli”. Słowa te są całkowicie zbieżne ze znaną myślą św. Bazylego Wielkiego, dotyczącą kultu ikon: „cześć oddawana obrazowi przechodzi na praobraz”.

Od strony dogmatycznej kult relikwii opiera się na ścisłym związku ducha z ciałem, który to związek nie ulega przerwaniu w momencie śmierci człowieka. Ładnie wyraził to o. Sergiusz Bułgakow, pisząc: „Śmierć ogranicza swą moc w odniesieniu do świętych, którzy nie całkowicie opuszczają duchowo swoje ciało, ale są obecni przez łaskę w relikwiach…”. Dla Boga święci nawet po śmierci pozostają żywi. Bóg nie jest przecież Bogiem umarłych, lecz żywych (por. Mk 12, 27).

We współczesnym chrześcijaństwie istnieją liczne formy kultu relikwii świętych, zasadniczo stanowiące kontynuację wcześniejszych zwyczajów.

Starożytnym zwyczajem jest np. otwieranie grobów z relikwiami świętych i ich przenoszenie na inne miejsce. Pierwszy znany przypadek przeniesienia relikwii świętych odnosi się do połowy IV w., gdy cesarz Konstancjusz – syn cesarza Konstantyna I Wielkiego nakazał przenieść do Świątyni Dwunastu Apostołów relikwie apostołów Tymoteusza (356 r.) oraz Andrzeja i Łukasza (357 r.). Jednak zwyczaj ten, zapewne z pokutującym jeszcze wśród chrześcijan starotestamentowym podejściem do ciał zmarłych, nie rozwijał się szybko. Cesarz Teodozy Wielki w 386 r. zakazał nawet tego typu praktyk. Wydobywanie relikwii i ich przenoszenie w inne miejsce (zwykle z położonych poza murami miast cmentarzy do ich centrów) stało się powszechnie przyjętą praktyką już w drugiej połowie V w., za czasów cesarza Leona Wielkiego. Było to jednak możliwe jedynie za zgodą miejscowego biskupa. Otwarcie relikwii i ich przeniesienie na inne miejsce, zwykle związane było z ustanowieniem w tym dniu święta ku czci świętego, którego relikwie były przenoszone. W Cerkwi prawosławnej do dziś istnieje praktyka wydobywania relikwii świętych, ale też zwyczaj organizowania uroczystych procesji wokół świątyni z umieszczonymi w relikwiarzu relikwiami w dniu pamięci tego świętego. Stanowi to swojego rodzaju kontynuację starożytnego obyczaju przynoszenia relikwii świętych do domów wiernych z wiarą i modlitwą o uzdrowienie domowników.

Oddawanie czci świętym relikwiom posiada nie tylko wymiar ściśle liturgiczny (jak np. poprzez okadzanie relikwiarzy), ale również personalny. W powstałym w XV w. na Rusi, a ostatecznie opracowanym w połowie XVI w. podręczniku życia rodzinnego o nazwie „Domostroj”, czytamy: „…W modlitwie wspominaj i kłaniaj się i na pomoc od Boga wzywaj ich (świętych), relikwie zaś świętych z wiarą całuj i kłaniaj się im”.

Zasadnicze powody kultu relikwii

Jaki jest powód, dla którego w chrześcijaństwie tak ogromne znaczenie przywiązywane jest do kultu relikwii świętych? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy m.in.u prof. Iwana Popowa, który w oparciu o naukę Świętych Ojców definiuje trzy zasadnicze przyczyny, dla których ustanowiony został kult świętych relikwii:

1. Święte relikwie są nośnikami łaski Bożej, która spoczywa w ciałach świętych również po ich śmierci. Święci, jeszcze za życia byli napełnieni Świętym Duchem. Bóg był obecny w ciałach świętych, które stały się – jak pisze św. Jan z Damaszku – „uduchowionymi świątyniami Bożymi, uduchowionymi mieszkaniami Bożymi”. Również po śmierci łaska Świętego Ducha przebywa zarówno w ich duszach, jak i ciałach. Przebóstwieniu ulegają bowiem i dusze i ciała świętych, które – jak pisze metropolita Hilarion (Ałfiejew) „jednocząc się z Bogiem, stają się przesiąknięte Jego obecnością, energią i łaską”.

Dla prawosławnego chrześcijanina relikwie to przede wszystkim skarbnica Ducha Świętego. Św. Jan Chryzostom pisze o tym tak: „Nie patrz na to, że przed tobą leży nagie ciało męczennika, pozbawione psychicznego działania, a patrz na to, że w nim jest obecna inna siła, wyższa od samej duszy, łaska Ducha Świętego, która swą cudotwórczością przekonuje wszystkich o prawdziwości zmartwychwstania”. Odchodząc do życia wiecznego święci pozostawili po sobie fragmenty swych ciał lub ich całości, które dzięki tej łasce są źródłem uzdrowień i cudów. Św. Jan z Damaszku pisze: „Jako zbawcze źródła zostawił nam Chrystus Pan szczątki świętych. Wypływają z nich wielorakie dobrodziejstwa, dobywa się wonność olejku. (…) Wobec tych szczątków pierzchają demony, cofają się epidemie, chorzy odzyskują zdrowie, niewidomi widzą, trędowaci zostają oczyszczeni, ustępują pokusy i strapienia, a <wszelki dar dobry zstępuje od Ojca światłości na tych, którzy proszą z wiarą niezachwianą> (por. Jk 1, 17)”.

2. Powód religijno−moralny. Święte relikwie są dla wiernego, który modli się przed nimi, żywym przypomnieniem osoby tego świętego. Pobudzają one modlącego się do naśladowania jego życia. Św. Jan Chryzostom mówi nawet, że święte relikwie silniej od pouczania i umoralniania pobudzają ludzi do pobożnego życia: „Gdy wspominamy, jaką cześć męczennicy mają u Króla wszystkich Boga, jakim blaskiem, jaką chwałą jaśnieją, to przypominają się nam nasze grzechy, cierpimy i skruszamy się tym bardziej, im bardziej uświadamiamy sobie nasze ubóstwo według ich bogactwa i dowiadujemy się jak daleko jesteśmy od nich”. Modląc się przy relikwiach wierni mają poczucie, że ten, którego doczesne szczątki spoczywają w relikwiarzu, modli się wraz z nimi. Sprawia to, że wierni lubią modlić się przed relikwiami, wierząc w szczególną moc takiej modlitwy i niezmienne orędownictwo świętego u Boga.

3. Powód liturgiczny. Relikwie świętych, które znajdują się w świątyniach (czy to tylko w prezbiterium i w antyminsie, czy też w innych miejscach), potęgują wśród wiernych poczucie łączności z niewidzialną Cerkwią niebiańską. Dzięki relikwiom Cerkiew ziemska, wojująca, niewidzialnie łączy się z Cerkwią niebiańską, triumfującą. Doskonale wyrażają to słowa z Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów: „Teraz moce niebios z nami niewidzialnie służą, oto bowiem wchodzi Król chwały. Oto wnoszona jest spełniona ofiara tajemna”. Tak więc obecność świętych relikwii podczas nabożeństw symbolizuje udział w nim nie tylko żywych, modlących się tu i teraz, ale również tych, którzy już zmarli. Relikwie świętych są gwarantem ich obecności i udziału w naszych modlitwach i modlitewnego orędownictwa za nas, żyjących. Oto, dlaczego tak ważne dla pierwotnych chrześcijan było spotykanie się dla wspólnej modlitwy właśnie na grobach męczenników za wiarę. Dlatego też po dzień dzisiejszy w każdej prawosławnej świątyni muszą znajdować się relikwie świętych.

Fragmenty książki Jarosława Charkiewicza pt. "Kult relikwii świętych w Prawosławiu"

Źródło zdjęcia: naviny.by


Metropolita Antoni Bloom: różnica między apostołami Piotrem i Pawłem

opublikowane: 12 lip 2014, 10:54 przez Tamara Samsonowicz   [ zaktualizowane 12 lip 2014, 10:55 ]

- autor: metr. Antoni Bloom (za: cerkiew.pl)
 - Dziś (12.07) czcimy pamięć ap. ap. Piotra i Pawła. Różnica między nimi jest kolosalna. Apostoł Piotr był od samego początku wiernym uczniem Chrystusa, był świadkiem wszystkiego, co działo się wokół Jezusa od początku Jego nauczania. Tymczasem, apostoł Paweł był wrogiem Chrystusa, jego przeciwnikiem. On nie wierzył w Niego jak w Mesjasza lecz uważał go za fałszywego proroka, a swoją misję rozpoczął jako prześladowca chrześcijan. Co więc zmieniło się w obu apostołach?

Pierwsi uczniowie byli ludźmi, którzy znali Chrystusa od samego początku, prawdopodobnie nawet nie tylko od samego początku Jego nauczania, Jego służenia światu, a jeszcze wcześniej. Wiemy na przykład, że Bartłomiej żył w Kanie Galilejskiej, kilka kilometrów od miejsca, gdzie narodził się Chrystus. Podobnie inni apostołowie całe swoje dzieciństwo i młodość spędzili niedaleko. Apostoł Piotr wyróżnił się tym, że jako pierwszy ogłosił Chrystusa Synem Bożym, Bogiem, który przyszedł cieleśnie na ziemię po to, aby być wcieleniem Bożej miłości i oddać swoje życie dla zbawienia świata.

Apostoł Paweł był prześladowcą, ale był też świadkiem o Chrystusie, i świadkiem czegoś nadzwyczajnie ważnego: tego, że człowiek, który wcześniej nie wierzył w Chrystusa, nienawidził go, prześladował, nagle spotkał się twarzą w twarz ze zmartwychwstałym Chrystusem. Wszyscy apostołowie byli świadkami życia, ukrzyżowania i śmierci Chrystusowej. Oni też spotkali Chrystusa od razu po zmartwychwstaniu. Natomiast apostoł Paweł spotkał Go później niż pozostali i to spotkanie całkowicie go odmieniło. Pozostałe swoje życie poświęcił on na to, żeby obwieszczać, jak sam mówił, Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Zmartwychwstanie Chrystusa postrzegał on jako najważniejsze wydarzenie nie tylko swojego życia, ale i całego życia świata. Mówił, że jeśli nie zmartwychwstał Chrystus to nasza wiara jest daremną, i my jesteśmy najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi ze wszystkich (1 Кор.15:14). Zrozumieć to można łatwo: wszak jeśli Chrystus by nie zmartwychwstał, to znaczyło by, że my żyjemy w kłamstwie i fantazji, że żyjemy w świecie nierealnym, w świecie jakiegoś majaczenia.

Oto, dwóch apostołów których wspominamy. Postawa apostoła Piotra nie była nieskazitelna od początku, podobnie jak działania apostoła Pawła. Wszyscy apostołowie byli tylko ludźmi i kiedy Chrystusa pojmano w sadzie Getsemańskim, objął ich strach i uciekli. Piotr nawet się Go wyrzekł. Potem jednak okazali się nieustraszonymi głosicielami nauki Chrystusa – ani męki, ani krzyż, ani ukrzyżowanie, ani więzienie – nic nie mogło ich odłączyć od miłości do Chrystusa. Nauczali, i to nauczanie rzeczywiście okazało się tym, czym nazywał je apostoł Paweł: nasza wiara zwyciężyła świat.

Teraz i my świętujemy ich dzień, pamiętając o tym, że radykalny prześladowca i wierzący od początku spotkali się w jednej, jedynej wierze o zwycięstwie Chrystusa – Krzyżem i Zmartwychwstaniem.

Tłum. Agnieszka Szuścik

Na podstawie: pravoslavie.ru

Całe życie nasze Chrystusowi Bogu oddajmy

opublikowane: 1 kwi 2014, 09:50 przez Tamara Samsonowicz

 - autor: ks. Włodzimierz Misijuk (za: cerkiew.pl)
 - Podczas każdego prawosławnego nabożeństwa prowadzący je kapłan lub diakon melorecytuje litanie (cs. jektienia, gr. ektene) modlitewnych próśb, na które chór w imieniu wszystkich wiernych uczestniczących w nabożeństwie śpiewnie odpowiada: „Panie zmiłuj się” (cs. Hospodi pomiłuj, gr. Kyrie eleison) lub „Racz dać, o Panie” (cs. Podaj Hospodi). Na zakończenie większości z nich, a więc najczęściej, wypowiadane są słowa „Najświętszą, przeczystą, przebłogosławioną, pełną chwały Władczynię naszą Bogarodzicę i zawsze Dziewicę Marię ze wszystkimi świętymi wspomniawszy, sami siebie, wszyscy siebie nawzajem i całe życie nasze Chrystusowi Bogu oddajmy”, na co chór/wszyscy zebrani odpowiadają: „Tobie, o Panie [oddajemy]” (cs. Tiebie Hospodi). Podczas Boskiej Liturgii to modlitewne wezwanie do oddawania naszego życia Chrystusowi powtarzane jest siedem razy i tyleż razy solennie składamy obietnicę, iż to uczynimy.

Ale czy rzeczywiście tak postępujemy? Czy zdajemy sobie sprawę z brzemiennej powagi tej wielokrotnie powtarzanej obietnicy? Czy w ogóle zastanawiamy się nad tym, jak moglibyśmy czy powinniśmy ją realizować?

Część odpowiedzi na to ostatnie pytanie zawarta jest w pierwszej części tego modlitewnego wezwania. Wzorem do naśladowania jest Bogarodzica, Maria Panna i wszyscy święci, których w szczególny sposób wspominamy podczas pierwszej części Boskiej Liturgii, gdy przygotowywane są nasze dziękczynne, eucharystyczne dary: chleb i wino. Z jednej prosfory wycinana jest cząsteczka ku czci Bogarodzicy, a z innej dziewięć poświęconych św. Janowi Chrzcicielowi, św. Janowi Chryzostomowi (lub św. Bazylemu Wielkiemu) oraz wybranym przedstawicielom wszystkich rodzajów świętości: prorokom, apostołom, hierarchom (cs. światitieli), męczennikom i męczennicom, mnichom i mniszkom (cs. prepodobnii), darmo leczącym (cs. bieserebrenniki) cudotwórcom oraz świętym Przodkom Bogoczłowieka, Joachimowi i Annie. Maria Panna i wszyscy święci z pewnością oddali swe życie Panu i to właśnie, postępując za ich przykładem, powinniśmy „sami siebie, wszyscy siebie nawzajem i całe nasze życie” ofiarowywać Chrystusowi.

Ale tu pojawiają się wątpliwości – jak mielibyśmy to uczynić? Oni żyli przecież w innych czasach, mieli do tego powołanie, dysponowali lepszymi (?) możliwościami, wielu z tych świętych to na przykład mnisi, którzy rzeczywiście mogli całkowicie poświęcić się Bogu. My natomiast żyjemy w świecie, mamy rodziny, pracę, mnóstwo trosk, obowiązków i w związku z tym nie możemy całkowicie oddać się Bogu. Tak nam się wydaje…

O tym, jak powinniśmy postępować w całym naszym życiu mówi nasz Zbawiciel w opowieści o sądzie ostatecznym: „Kiedy Syn Człowieczy przyjdzie w chwale, a z Nim wszyscy Jego aniołowie, wtedy zasiądzie na tronie w całej swojej chwale. I zgromadzą się przed Nim narody całego świata, a On oddzieli jedne od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce ustawi po prawej stronie, a kozły po lewej.

Wtedy król powie tym po prawej stronie: Chodźcie, błogosławieni mojego Ojca, weźcie w posiadanie królestwo przygotowane dla was od stworzenia świata. Bo byłem głodny, a nakarmiliście Mnie, byłem spragniony, a daliście Mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście Mnie. Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie, byłem chory, a odwiedziliście Mnie, byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wtedy sprawiedliwi odpowiedzą Mu: Panie, kiedyż to widzieliśmy Ciebie głodnym, a nakarmiliśmy Cię? Spragnionym, i daliśmy Ci pić? I kiedyż to widzieliśmy, żeś przybył, i przyjęliśmy Cię? Albo żeś był nagi, i przyodzialiśmy Cię? Kiedyż to widzieliśmy Cię chorego albo w więzieniu, i przyszliśmy do Ciebie? A król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Coście uczynili jednemu z tych najmniejszych moich braci, Mnie to uczyniliście. Wtedy powie tym po lewej stronie: Precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany dla diabła i jego aniołów! Bo byłem głodny, a nie nakarmiliście Mnie. Byłem spragniony, a nie daliście Mi pić. Byłem przychodniem, a nie przyjęliście Mnie. Byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie. Byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wtedy i oni powiedzą: Panie, kiedyż to widzieliśmy Cię głodnego albo spragnionego, albo przybysza, albo nagiego, albo chorego, albo w więzieniu, i nie usłużyliśmy Ci? Wtedy On odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Czegoście nie zrobili dla jednego z tych najmniejszych, nie zrobiliście dla Mnie” (Mt 25,31-45).

Z tej ewangelicznej opowieści dowiadujemy się, iż cokolwiek czynimy bliźniemu swemu, dokładnie to samo czynimy jednocześnie Bogu.

Wymownie potwierdza to opowieść św. Doroteusza z Gazy (VI w.), który zaprasza swych uczniów, by wyobrazili sobie narysowany na piasku okrąg. „Załóżmy, że kołem tym jest świat, a jego środkiem jest Bóg: promienie zaś idące od okręgu do środka, to drogi życia ludzkiego, którymi podąża człowiek. Im bardziej więc podążają święci do środka, pragnąc zbliżyć się do Boga, tym bliżej są i Boga, i bliźniego. Na ile bowiem zbliżają się do Boga, na tyle również i do bliźniego; a na ile do bliźniego, na tyle i do Boga [...] Oto taka jest natura miłości […] Jeśli zaczniemy kochać Boga i na ile się do Niego przez tę miłość zbliżymy, na tyle zjednoczymy się w miłości z bliźnimi. Na ile zjednoczymy się z bliźnimi, na tyle i z Bogiem”.

Skoro zbliżając się do innego człowieka, zbliżamy się do Boga, skoro jednocząc się z bliźnim, jednoczymy się z Bogiem, należałoby zatem wnioskować, iż „siebie samych, siebie nawzajem i całe nasze życie” możemy oddawać Bogu, oddając je swoim bliźnim.

O tym, że nasze oddawanie życia Bogu i bliźnim nie musi oznaczać naszej fizycznej śmierci, mówi opowieść o abba Pojmenie. Pewien młody mnich zapytał go o znaczenie słów Pana, zapisanych w Ewangelii według św. Jana: „Większej miłości nikt nie ma nad tę, jak gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich” (J 15,13). W odpowiedzi usłyszał: „Jeśli ktoś usłyszał złe słowo od swego bliźniego i choć może mu odpowiedzieć podobnymi słowami, walczy w sercu swoim, aby oczyścić znój smutku i gwałt sobie zadaje, aby nie zasmucić go odpowiedziawszy mu złorzeczeniem, taki to właśnie duszę kładzie za swego przyjaciela”.

Ta opowieść jest również odpowiedzią na pytanie, jak mielibyśmy ofiarować Bogu „całe nasze życie”. Skoro przejawem największej miłości może być powstrzymanie się od przykrego słowa czy zachowania, które mogłoby zasmucić naszego bliźniego, oddawaniem całego naszego życia Chrystusowi i bliźnim z pewnością jest dzielenie się najdrobniejszymi nawet chwilami tego życia z innymi ludźmi. To zapewne dlatego w ewangelicznej opowieści o sądzie ostatecznym mowa o konkretnych przykładach okazywania wsparcia i pomocy, o międzyludzkich relacjach, z których składa się całe życie człowieka. Zauważając czyjś problem, zatrzymując się na chwilę, by udzielić komuś pomocy w najdrobniejszej nawet sprawie, poświęcamy temu komuś część swego czasu, część całego swego życia. Napełniając całe nasze życie przejawami troski i miłości, próbami okazywania wsparcia i pomocy, doprowadzimy do tego, że będziemy dzielić się z innymi ludźmi całym swoim życiem. To w ten sposób będziemy w całości oddawać je Bogu.

Gdy w czasie najbliższego nabożeństwa na słowa „sami siebie, wszyscy siebie nawzajem i całe życie nasze Chrystusowi Bogu oddajmy” będziemy ponownie wraz z chórem odpowiadać Tiebie Hospodi – „Tobie Panie [oddajemy]”, spróbujmy czynić to z głębszą świadomością tego, co przez to obiecujemy. Spróbujmy choć częściowo zacząć spełniać tę obietnicę – nie tylko w błogosławionym czasie Wielkiego Postu, ale przez całe nasze życie.

Tekst opublikowany w kwietniowym numerze Przeglądu Prawosławnego

Ks. Włodzimierz Misijuk, absolwent Prawosławnego Seminarium Duchownego, Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Prawosławnego Instytutu Teologicznego św. Włodzimierza Crestwood w Nowym Jorku, USA. Był wykładowcą w prawosławnym seminarium; koordynatorem Programu Europy Wschodniej Światowej Federacji Studentow Chrześcijan (WSCF). Wieloletni członek zarządu SYNDESMOS. Tłumacz literatury z zakresu Kościoła prawosławnego. Od 2001 r. wikariusz Parafii Zaśnięcia NMP w Białymstoku.

fot:  autor lnazarko, za OrthPhoto.net

1-10 of 35